fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Bóg się narodził, umrze w cierpieniu

Fotorzepa, Piotr Guzik
Cóż po Bożym Narodzeniu zostanie w pamięci?

Prezenty rozdane, karp zjedzony, gorzałka wypita. Bo że pustki w kieszeni, a może nawet raty w banku, to oczywiste; wciąż mamy festiwal zakupów. Nic dziwnego, że coraz rzadziej nazywamy te dni Bożym Narodzeniem, a coraz częściej politycznie poprawnie „świętami", zapominając tylko dodać, że to święta handlowca i bankiera.

Co nam po nich zostaje w sercu i umyśle? Słodka dziecina w żłobku, tradycyjne potrawy i rodzinna atmosfera! Bo jeżeli nawet pamiętamy, że Bóg narodził się w stajence, wzgardzony przez ludzi, i Jemu, a nie prezentom, wyśpiewujemy kolędy, to tylko lekko ocieramy się o bożonarodzeniową tajemnicę i jeszcze daleko do jej sedna.

Wielkie religie – islam, hinduizm, buddyzm, judaizm, by nie wymieniać wiar wymarłych lub marginalnych – rozmaicie opowiadają o swoim Bogu albo bożkach. Ale zawsze jest to potężna, choć niezbyt określona postać – lub wiele postaci – usadowiona na niebiańskim tronie i stamtąd panująca nad naszym padołem. Nieraz się objawia, srogo karze, zsyła proroków, ogłasza nakazy. Ale jedynie w religii, jaką wyznajemy, Bóg jest tak bardzo solidarny ze stworzonymi przez siebie istotami, że przyjmuje ich śmiertelne ciało, żyje ich życiem, cierpi ich bólem, aż wreszcie umiera ich śmiercią, najbardziej bolesną i uważaną wtedy za szczególnie haniebną.

Bo solidarność to inna nazwa miłości; nie erotycznej, ale najważniejszej, tej, o której nauczał Chrystus, gdy chodził po ziemi. Szkoda, że o tym już od dawna my, Polacy, nie pamiętamy.

W innych o Nim opowieściach Stworzyciel raz dobrotliwie, raz surowo zarządza ziemskim padołem; niebotycznie wysoki dla ludzi, a my zbyt niscy dla niego. Dlaczego tylko w tej jednej religii Bóg zniża się tak bardzo, że staje się w pełni człowiekiem? „Cy nie lepiej by Tobie siedzieć było w niebie?" – powiada góralska kolęda, bo ludzie wiejscy nieraz wiedzą więcej i rozumują głębiej niż intelektualiści.

Ale trzeba jeszcze dalej sięgnąć do sedna Tajemnicy świadomie pisanej dużą literą. Bóg, który przyjął los człowieka w betlejemskiej stajence, nie tylko żył, rósł, stopniowo pojmował świat i swoje w nim miejsce, nie tylko nauczał, cierpiał i umarł w męce, ale też zmartwychwstał. To jest największe, niepojęte i przejmujące przesłanie Bożego Narodzenia – bo nie politycznie poprawnych „świąt" – jakie powinno pozostać w sercach i umysłach.

Co chciał nam powiedzieć? Czy tylko potwierdzić nakazy i zakazy urzędowego Kościoła? Czy coś o wiele ważniejszego: przesłanie o nieuchronności cierpienia w doczesnym życiu, które jednak prowadzi do triumfu zmartwychwstania? Czy może opowieść o potędze solidarności i miłości, które zwyciężają śmierć? Nie wiem. Niezbywalną częścią każdej wiary jest Tajemnica, którą poznamy po śmierci.

„Bóg się narodził, umrze w cierpieniu, wkrótce dopali się świeca..." – śpiewał niezapomniany Jacek Kaczmarski w najbardziej przejmującej pieśni bożonarodzeniowej, jaką stworzył ktokolwiek ze współczesnych nam artystów. W radości narodzenia – nie tylko Boga – jest nieuchronna perspektywa Golgoty. Przekonanie, że czeka nas tylko satysfakcja sukcesów i rozkosz nieustających zakupów, jest tchórzliwym mydleniem oczu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA