fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Grzegorz W. Kołodko: Miejsce w szeregu

Fotolia
Nowy nacjonalizm – także ten polski – to bękart neoliberalizmu, który służył wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. Musi znaleźć się inna droga niż neoliberalna czy populistyczno-nacjonalistyczna. Winien wytyczać ją nowy pragmatyzm, czyli nieortodoksyjna, interdyscyplinarna teoria ekonomii i strategia rozwoju.

Gdzie znajduje się Polska? Jak to gdzie? Każdy przecież wie, że w Europie Środkowej. Wprawdzie nie przesuwając swego terytorium ani na jotę, przemieściła się podczas minionych trzech dekad ze Wschodu na Zachód, gdzie usiłuje znaleźć na trwałe swoje cywilizacyjne miejsce, ale to wciąż Europa Środkowa. Tak było, gdy byliśmy na Wschodzie, tak jest, gdy aspirujemy do Zachodu, tak będzie po upływie następnych z górą trzech dekad, w roku 2050. Ale gdy pytamy o położenie Polski na kuli ziemskiej, nie chodzi nam o geografię sensu stricto, co będzie miało w przyszłości coraz mniejsze znaczenie, lecz o naszą pozycję geopolityczną i geoekonomiczną. Wiele jest tu do zyskania, jeszcze więcej do stracenia.

Nieodwracalna globalizacja

Zarówno o relatywnym spadku znaczenia fizycznego położenia na świecie, jak i o zmianie geopolitycznej i geoekonomicznej pozycji konkretnego kraju decyduje zasadniczo ten sam czynnik – nieodwracalna globalizacja. Rozmaici zdeklarowani patrioci, a de facto nacjonaliści zwracający się ze złością do innych, zwolennicy ekonomicznego protekcjonizmu i eksponenci narodowej megalomani, nie pojmują, że ich ideologia i polityka na krótkich stąpa nóżkach. Charakter współczesnego (a jeszcze bardziej przyszłego) postępu technologicznego, usieciowienie procesów produkcji – od projektowania poprzez zarządzanie i wytwarzanie po dystrybucję – ponadnarodowy podział pracy, wielokierunkowa wymiana kulturowa, wędrówki ludów to nie tylko przejawy dotychczasowej fazy globalizacji, lecz również jej niepowstrzymane siły w przyszłości.

Przyszło nam żyć – rodzić się i umierać, uczyć się i myśleć, pracować i politykować, produkować i dzielić – w sprzężonym przenikającymi się megatrendami świecie. Hasła w rodzaju: America First!, Vive la France!, Polska dla Polaków, Alternative für Deutschland, może i mają swoje pięć minut, ale nie mają przed sobą wielkiej przyszłości. Na krótki dystans demagogiczni przywódcy mogą pociągać masy, ale na dłuższą metę dostarczą swoim zauroczonym populizmem zwolennikom wielkie rozczarowanie.

Należy się troszczyć o właściwe miejsce w zglobalizowanych środowisku, gospodarce, kulturze i polityce nie metodą odwracania się od innych i naiwną wiarą, że piętrzące się problemy najlepiej rozwiązywać samemu, nie poprzez antagonizowanie stosunków z bliższymi i dalszymi sąsiadami, ale we wspólnym wysiłku, poprzez lepiej niż dotychczas skorelowaną współpracę ponadnarodową. Może ktoś nie lubić, choć szkoda, wielokulturowości, ale przeciwstawianie się gospodarczemu multilateralizmowi dowodzi braku ekonomicznego profesjonalizmu.

Demokracja i rynek

Doświadczenie uczy – od wielkiego kraju północnoamerykańskiego po mały w skali świata kraj środkowoeuropejski (Polska wytwarza, licząc parytetem siły nabywczej, zaledwie 0,88 proc. światowej produkcji, mniej niż w schyłkowym okresie PRL) – że demokracja nie eliminuje głupoty, a rynek nie wyklucza nieuczciwości. Potrzeba czegoś więcej – określonego charakteru kultury oraz inkluzyjnych instytucji. Mam tu na myśli instytucje nie w znaczeniu organizacyjnym, ale behawioralnym – reguły politycznej i ekonomicznej gry, zasady postępowania w społecznym procesie gospodarowania, tym razem już też na skalę ogólnoświatową.

Od czasu wiekopomnego wydarzenia, jakim był zmieniający bieg historii polski Okrągły Stół, kraj nasz osiągnął bardzo wiele, choć to fakt, że w odniesieniu do poziomu produkcji, tradycyjnie mierzonego wskaźnikiem PKB na mieszkańca, można było uzyskać nawet o jedną trzecią więcej, gdyby nie kosztowne błędy szoku bez terapii na początku lat 90. i szkodliwe przechłodzenie gospodarki w ich końcu. Jesteśmy wszakże już w po-PKB-owskiej rzeczywistości i do teraźniejszości, a zwłaszcza długookresowych wyzwań rozwojowych, trzeba podchodzić inaczej. Wraz z materialnym wzbogacaniem coraz bardziej liczy się nie ilość, ale jakość, nie samo tempo wzrostu dochodów, lecz ich struktura i charakter. Od tego, jak się mierzy, zależy, dokąd się zmierza. Dlatego nieustannie poszerzać trzeba pole obserwacji i analiz, a nade wszystko przeformułować cele rozwoju społeczno-gospodarczego.

Kapitał społeczny

Zdumiewa, jak wielką wagę wciąż przypisuje się poziomowi i dynamice PKB, skoro pomija on wątki jakże znaczące dla jakości życia – od kwestii podziału samego dochodu poprzez stan środowiska naturalnego do poziomu kapitału społecznego. To fakt, że produkcja, jej wartość i struktura stanowią materialną podstawę dobrobytu narodów, ale im mniej nędzy i biedy, a więcej dostatku i zamożności, tym bardziej liczą się czynniki określające jakość życia. Szczególne znaczenie ma tu kapitał ludzki i, szerzej, kapitał społeczny, który nie tylko jest samoistną, niekiedy wiodącą siłą wytwórczą, lecz również wartością samą w sobie.

Cieszy zatem fakt, że Bank Światowy w World Development Report 2019: The Changing Nature of Work lokuje Polskę już na 30. miejscu na świecie. Z jednej strony ze wskaźnikiem 0,75 (na skali 0–1) znajdujemy się w dobrym towarzystwie takich krajów, jak przewyższające nas o zaledwie 0.01 punktu bogate Belgia, Stany Zjednoczone czy Francja. Z drugiej strony plasujemy się o tyleż wyżej niż kilkanaście krajów od nas bogatszych, mierząc wartością PKB na mieszkańca, w tym Hiszpania i Islandia. To ciekawe, że pod tym względem istotnie, bo aż o 6 punktów bazowych, wyprzedzamy Luksemburg, najbogatszego członka Unii Europejskiej (wskaźnik 0,69).

Nie od rzeczy będzie zaznaczenie w tym miejscu, że względnie wysoka pozycja Polski, a także niektórych innych krajów posocjalistycznych (Estonia i Kazachstan notowane są analogicznie jak Polska, Rosja, Węgry i Litwa nieco gorzej, Serbia, Czechy i Słowenia lepiej) to też skutek tego, iż kiedyś były właśnie socjalistyczne, co cały czas owocuje niezłym wykształceniem społeczeństwa, o całkowitej eliminacji analfabetyzmu już nie wspominając.

Nie to jednak jest najważniejsze. Wszystkim życzę dobrze i bynajmniej nie cieszę się tym, że Polska o oczko wyprzedza Hiszpanię, bo wtedy wychodziłoby na to samo, iż martwię się, że akurat o tyle samo wyprzedza nas Izrael. Porównania się liczą; bynajmniej nie bagatelizuję tego, że gdzieś jest gorzej albo lepiej niż u nas. Zabiegać wszak trzeba przede wszystkim o to, aby u nas wraz z biegiem czasu było coraz lepiej, aby podnosił się poziom kapitału społecznego, abyśmy chociaż co kilka lat wspinali się o te 0,01 punktu w górę. A dziać tak się może w wyniku długofalowej mądrej polityki w sferze edukacji i nauki, poprzez rosnący udział w dochodzie narodowym nakładów nie na zbrojenia, do czego pod dyktando USA dąży zarówno partia sprawująca władzę, jak i jej totalny oponent, lecz na ochronę zdrowia i kulturę. W roku 2050 PKB na mieszkańca Polski – a będzie ich, niestety, o kilka milionów mniej – znacznie będzie przekraczał wynoszący obecnie około 60 tysięcy dolarów (według parytetu siły nabywczej) poziom USA. By to osiągnąć, wystarczy kroczyć ścieżką średniego rocznego tempa wzrostu w wysokości 2,5 proc., a przecież stać nas na to.

Większym osiągnięciem jednakże będzie jakościowe pogłębienie zakresu spójności społecznej. A jest tu coraz gorzej, gdyż zamiast nieustannej o nią troski ze strony polityki klasy rządzącej mamy od kilkunastu lat dewastującą wojnę domową posolidarnościowych partii, PO i PiS. Zaprzestanie tej walki przerasta intelektualne i emocjonalne możliwości obecnych „elit" – i tych od „zielonej wyspy", i tych od „dobrej zmiany" – zbyt często bowiem ich luminarze kierują się wzajemnie nienawistnymi uczuciami, natomiast zbyt rzadko ekonomiczną i polityczną racjonalnością. Na następne pokolenie zadanie, którego realizacji wymaga dobro Polski, to gruntowna wymiana klasy rządzącej tak, by nie grzęzła ona w zakłamywanym przepisywaniu historii, ale współtworzyła dobrą przyszłość kulturową i materialną, coraz lepiej wykorzystując potencjał naszego społeczeństwa.

Nowy pragmatyzm

Ani nadwiślański neoliberalizm, ani nadwiślański populizm nie może być sposobem na sprostanie wyzwaniom rozwojowym stojącym przed Polską w następnych dekadach. Tracimy czas, marnujemy szanse, nie wykorzystujemy okazji, aby zająć dobre, bardziej korzystne niż dotychczas miejsce w światowej grze geopolitycznej i geoekonomicznej. Chora rusofobia, irracjonalny eurosceptycyzm, służalcza uniżoność wobec nowego „wielkiego brata", niespójna i niezdecydowana polityka wobec Chin, tego nowego giganta światowej gospodarki i polityki – to kluczowe elementy braku konsystentnej racji stanu. Oczekiwanie przełomu w tej materii ze strony rządzących i rwących się do władzy partii posolidarnościowych jest iluzją. Choć Polska tak wiele zawdzięcza młodej demokracji i rynkowi, to okazuje się, że – niestety – muszą one jeszcze sporo się postarzeć, aby mniej było głupoty i nieuczciwości...

Trzeba uciekać do przodu, zdając sobie sprawę z tego, że nowy nacjonalizm – także ten polski – to bękart neoliberalizmu, który służył wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. Jego apologeci i beneficjenci wciąż mają nadzieję, że uda mu się raz jeszcze rozwinąć skrzydła, ale tak nie będzie. Problem w tym, że ze złem nie złem się walczy; wróg mojego wroga bynajmniej nie jest moim przyjacielem. Dlatego musi się znaleźć inna droga niż neoliberalna czy populistyczno-nacjonalistyczna. Uważam, że wytyczać ją winien nowy pragmatyzm, który nie tylko w Polsce może być punktem wyjścia do sensownej strategii rozwoju.

Nowy pragmatyzm to zarys nieortodoksyjnej i interdyscyplinarnej, zorientowanej na politykę gospodarczą teorii ekonomii i strategii rozwoju. Cechować się ona musi uwzględnianiem imperatywu zintegrowanej, dynamicznej równowagi, nie tylko ekonomicznej – produkcji i sprzedaży, oszczędności i inwestycji, dochodów i wydatków finansów publicznych, eksportu i importu – lecz również z jednej strony społecznej, z drugiej zaś ekologicznej. Pomiędzy tymi sferami aktywności ludzi i społeczeństw występują określone zależności i sprzężenia, których uwzględnianie w strategii rozwoju wymaga wyrwania się z doraźności i krótkowzroczności oraz politycznej cykliczności w polityce gospodarczej. Nowy pragmatyzm wymaga odmiennego niż w przeszłości określenia celów gospodarowania i to właśnie wartość kapitału ludzkiego oraz spójność społeczna otoczone czystym naturalnym środowiskiem nabierają na znaczeniu.

Polska – chcąc nie chcąc, wciąż będąc w środku Europy – w 2050 roku może zajmować znacznie lepszą pozycję na mapie świata. Konstatacja ta odnosi się tak do korzystniejszego położenia geopolitycznego, jak i geoekonomicznego. W tym przypadku nasz los prawie w pełni w naszych rękach; a raczej w głowach. Za trzy dekady będzie inaczej, niż jest teraz. Na pewno będzie bogaciej. Może nawet nie będziemy już zaledwie miejscem po przecinku, jeśli uda nam się przekroczyć 1 proc. światowej produkcji. I to jest możliwe, a zależy od tego, czy potrafimy zająć dzięki rozważnej polityce, bogatej kulturze i konkurencyjnej gospodarce właściwe miejsce w światowym szeregu. A czy będzie lepiej? Może, nie musi...

Prof. Grzegorz W. Kołodko,  autor „Strategii dla Polski",  czterokrotnie wicepremier  i minister finansów w latach 1994–1997 oraz 2002–2003,  najczęściej na świecie  cytowany polski ekonomista.

Wykładowca Akademii  Leona Koźmińskiego,członek Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA