fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Artur Ilgner: Skąd się biorą nasze frustracje

Fotorzepa, Robert Gardziński
Prosta, katechetyczno-szkolna odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: z grzechu pierworodnego. Z tego, że Adamowi i Ewie znudziło się życie w raju.

Gdyby jednak zastanowić się nad tym poważniej, i odnieść pytanie do „stanu ducha"
naszego społeczeństwa, należałoby zapytać kim jest frustrat? Czy jest to ktoś, kto przed  prezydenckimi wyborami uwierzył premierowi, że COVID-19 na kolanach wyczołguje się z Polski, a teraz na powrót ma żyć w kolorowych strefach? Kogo codzienne komunikaty o wzroście zachorowań i umieralności w Polsce, braku łóżek w szpitalach, respiratorów, lekarzy i pielęgniarek przyprawiają o kołatanie serca? I już nie chce mu się „złapać  fuchy", zdradzić  żony, pójść z dziećmi do kina? Kto widząc, co wyprawiają tzw. politycy ze wstrętem wyłącza telewizor? Kto zamiast wspólnego obiadu wypędza rodzinę do McDonald's? Czy może jest to  ktoś, kto choć wkłada maseczkę i wykonuje swoje obowiązki, robi to gnuśnie i ze wstrętem. Bez „błysku w oku”, owej "iskry bożej", tak  rzadko spotykanej dzisiaj jak „Strażnica”- pismo Świadków Jehowy. Wbrew pozorom przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo. Między innymi: rozwój technologii informatycznej, której przeciętni, nawet młodzi ludzie, nie są w stanie opanować, chaos informacyjny, natłok sprzecznych wiadomości. Nie bez znaczenia jest cynizm polityczny, nie tylko nasz, zaściankowy. Skutek jeden: poczucie zagubienia i bezradności wywołane nie tylko pandemią, która jeszcze bardziej przyśpieszyła i uwidoczniła ten proces. Wnikliwie, pięknie i mądrze napisała o tym nasza noblistka ("Polityka" nr 40, "Przestaliśmy rozumieć złożoność świata").

Dokładnie tak. W konsekwencji zaburzenia psychiczne, nerwice, depresje, stały się tak powszechne, że już nawet o nich się nie mówi. Wzrosły statystyki samobójcze. Człowiek cierpi. Przez głód, wojny, lęk o przyszłość. Ale i przede wszystkim dlatego, że przestał rozumieć, co wokół niego się dzieje. Na "nasze"- rzec by można- "polskie frustracje", nakłada się bardziej lub mniej świadome poczucie, że permanentnie jesteśmy oszukiwani.

Starsze pokolenie pamięta brutalność i uciążliwość życia w PRL-u: stalinizm, zomowców.  Potem nadzieje związane z przemianami 1989 roku i to, co z tych nadziei zostało. Młodsze pokolenie, żyjące w przekonaniu, że są dla siebie "wartością samą w sobie", że trzeba jak najwygodniej wymościć się w życiu, nagle doświadcza, że nie wszystko od nich zależy, że życie wcale nie jest proste, a materialne dobra nie na wyciągnięcie ręki, a często za pancerną szybą.

Mnożą się rozwody - życie nie spełnia oczekiwań młodych. Dzisiaj niczego się nie naprawia, wszystko wyrzuca i kupuje nowe. W podobny sposób traktuje się międzyludzkie związki: przyjaźnie, miłość. Mało komu chce się podejmować trud podtrzymania spójności rodziny. Choćby dla dobra własnych dzieci, które zawsze z takich rozpadów wychodzą okaleczone. Bowiem tkwią w nas wkodowane prawa (czy to genetyczne, czy behawiorystycznie uwarunkowane - tego nie wiem), które egoistycznie depczemy. A dobrem dla dzieci jest miłość i poczucie bezpieczeństwa. I dopóki zewnętrzność nie wniesie czegoś, czemu nie jesteśmy się w stanie przeciwstawić, sfrustrowani własnymi niepowodzeniami, czy to zawodowymi, czy uczuciowymi, porzucamy plac boju szukając kolejnych partnerów, partnerek - słowem- kolejnych przygód i doznań.

Z krwi męskiej wyparował gen wojownika, który dbał kiedyś nie o własne dobro, a o wspólnotę i rodzinę. Z żeńskiej powoli odparowują geny macierzyństwa, czułości, ciepła. Ogólnie: tatuaż, kolczyk w uchu, na penisie czy waginie. Bo tak jest fajnie, modnie - cool. Potem ogólna frustracja, alkohol, narkotyki. Państwo mało się o to troszczy. Skrzeczy, ale sensownej pomocy brak. I tak jest ze wszystkimi ważnymi dla Polaków sprawami: rząd zamienia walkę z pandemią na wewnętrzne rozgrywki, wyostrza socjotechnicznymi zabiegami społeczne konflikty, premier durniom powierza odpowiedzialne funkcje. Opozycja poza czczą gadaniną nie ma żadnego planu na stabilizację państwa, a upolityczniony Kościół zabija w katolikach wiarę.

Co zatem czynić, aby jakoś przeżyć w "nierozumieniu świata" o którym pisze Tokarczuk? Bez pomocy psychologów, psychiatrów i leków. Nie jest to proste. Porządkowanie swojej relacji ze światem trwa zazwyczaj przez całe życie, i mało komu udaje się ten proces zakończyć sukcesem. Zatem nie ma tutaj złotej reguły, i każdy musi sam zewrzeć się z tym problemem.

Ja proponuję jak najszybsze zakupienie dawno wydanej (niestety zapomnianej) książeczki "Księga ziół" Sándora Máraiego. Potem koniecznie trzeba wyjechać nocą poza miasto, w miejsce ustronne i ciche. Podnieść głowę i popatrzeć na rozgwieżdżone niebo. Przypomnieć sobie, że we Wszechświecie jest więcej słońc niż wszystkich ziarenek piasku na wszystkich plażach ziemi. Warto też  zadumać się nad  tragedią ofiar ostatniej wojny światowej. O katowanych w obozach koncentracyjnych, zabijanych, okaleczonych. Przypomnieć sobie Powstanie Warszawskie, Holocaust, albo ogólnie - zadumać się nad historią świata, która de facto jest historią zbrodni człowieka, a tylko w niewielkiej cząstce jego sukcesem. A najlepiej od czasu do czasu wejść na jakikolwiek cmentarz. Wychodzi się z niego najczęściej w pogodnym, optymistycznym nastroju. Tam wartość naszego życia nabiera kontekstu, odpowiednich proporcji i ironii. Bo przecież życie to spektakl z którego nie sposób wyjść przed końcem.   

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA