fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Konrad Szymański: Pierwszy krok w dobrym kierunku

Fotorzepa, Robert Gardziński
Unia powinna bardzo poważnie pochylić się nad propozycjami Johnsona – apeluje Konrad Szymański, minister ds. UE.

Do brexitu zostało nieco ponad trzy tygodnie. Tak w każdym razie mówi Boris Johnson. Porozumienie z Brytyjczykami jest jeszcze możliwe?

Oferta, którą przedstawił premier Johnson, po raz pierwszy od bardzo wielu miesięcy stwarza szanse na wyjście z pata, w jakim znalazły się te rokowania. Oczywiście wciąż nie wszystkie oczekiwania wyrażone w mandacie Unii zostały spełnione, pozostają istotne pytania, w szczególności odnośnie do współpracy celnej czy VAT. Ale mamy przynajmniej poważny punkt wyjścia do rozmów o alternatywie dla dotychczasowych gwarancji, że nie zostanie odtworzona twarda granica między Republiką Irlandii a Irlandią Północną.

W Londynie można usłyszeć, że to nie jest ostateczna oferta, dalsze ustępstwa są możliwe. Jeśli po brexicie w Ulsterze obowiązywałyby nie tylko unijne normy towarów, ale zostałaby ona też w unii celnej z kontynentem, mamy deal?

Gdyby faktycznie Brytyjczycy byli na to gotowi, większość problemów, z którymi od dawna nie możemy sobie poradzić, przestałaby istnieć. Jednak interpretacja brexitu ze strony rządu Johnsona jest jednoznaczna: cała Wielka Brytania, a więc także Irlandia Północna, wychodzi tak z jednolitego rynku, jak i z unii celnej. Musimy pogodzić te oczekiwania z zapisami porozumienia wielkopiątkowego regulującego zasady utrzymania pokoju na wyspie oraz zachowaniem integralności jednolitego rynku, co również dla Polski jest istotne. Na tym polega kwadratura koła. Ale stawka jest tak wysoka, że Unia powinna teraz bardzo poważnie pochylić się nad propozycjami premiera Johnsona.

Kanclerz Merkel jest temu przychylna, prezydent Macron już znacznie mniej...

Od początku uważamy, że brexit jest zdarzeniem dla Unii negatywnym, ale jeśli ma do niego dojść, to należy zrobić wszystko, aby minimalizować związane z tym straty gospodarcze w krótkiej perspektywie i polityczne w długiej. Dlatego brexit należy przeprowadzić w sposób uzgodniony, który będzie gwarantował prawa obywatelom UE, zapewni rozliczenia finansowe, a także okres przejściowy, który ułatwi przedsiębiorcom dostosowanie się do nowych warunków handlu.

Boris Johnson chce, by nowy układ był uzależniony od zgody Irlandii Północnej. Unia powinna na to pójść?

To zapewniłoby demokratyczną legitymizację dla obowiązywania norm unijnych w Irlandii Północnej. To powinno rozwiązać problem zachowania jedności i suwerenności Wielkiej Brytanii, przy założeniu, że regulacje dla Irlandii Północnej zachowają zbieżność z prawem UE na przyszłość. Wątpliwości w tej sprawie do tej pory blokowały ratyfikację umowy rozwodowej w Izbie Gmin.

W im większym stopniu Irlandia Północna pozostanie częścią jednolitego rynku, tym większa jest pokusa dla Szkocji, aby domagać się tego samego i osłabić brytyjską unię...

Brytyjski rząd wie najlepiej, co zrobić, aby zachować jedność Królestwa, i nikt z zewnątrz nie powinien w to ingerować. Podkreślam jednak, że brytyjska propozycja nie zmierza do utrzymania Irlandii Północnej w jednolitym rynku. Chodzi jedynie o zbieżność norm towarowych, co już jest bardzo poważnym krokiem w kierunku porozumienia. Wielka Brytania, chcąc zachowania integralności kraju, chce, by Belfast pozostał w unii celnej z Londynem, a nie z Unią Europejską.

Czy jednak Unia nie stała się zakładnikiem Republiki Irlandii, która bezwzględnie sprzeciwia się nawet najlżejszym kontrolom na granicy?

Interesy całej Unii są tu spójne. Ale nie możemy też zapomnieć, że za nami bardzo wyboista droga w rokowaniach z Londynem, a przed nami bardzo poważne ryzyko porażki negocjacji. Twardy brexit nałoży na władze w samym Dublinie obowiązek wprowadzenia kontroli na granicy z Irlandią Północną. Rząd irlandzki musi zdawać sobie z tego sprawę.

Johnson twierdzi, że mechanizm uniknięcia kontroli na granicy, tzw. backstop, był „niedemokratyczny", bo nie pozwalał wyprowadzić kraju z unii celnej z UE bez zgody Brukseli. Miał rację?

Brexit to sytuacja bezprecedensowa, więc przynosi bezprecedensowe konsekwencje. Mamy kraj, który po 40 latach jest głęboko zintegrowany z resztą Unii, ale też który podjął bardzo specyficzne zobowiązania odnośnie do Irlandii w ramach procesu pokojowego. Zbieg tych dwóch okoliczności spowodował, że obietnice, jakie Unia złożyła w sprawie przyszłych relacji z Wielką Brytanią, miały wyłącznie charakter polityczny, natomiast Wielka Brytania ma zaciągnąć wobec Brukseli zobowiązania prawnie wiążące. Jednak dopiero od kilku miesięcy widać, że jest to dla Brytyjczyków nie do przyjęcia. Bardzo długo w Londynie utrzymywano, że takie rozwiązanie jest akceptowalne. Rząd Theresy May wyraził zgodę na backstop raz odnośnie do samej Irlandii Północnej, a potem całej Wielkiej Brytanii. Dziś jednak wiemy, że było to nie do zaakceptowania przez Izbę Gmin.

Johnson dla swojego planu miałby większość w brytyjskim parlamencie?

Z całą pewnością mówimy o nowej jakości nie tylko w relacjach z Unią, ale także w kontekście brytyjskiej polityki. Czas biegnie, pozostało go niewiele. To stworzyło nową dynamikę w parlamencie. Jednak z punktu widzenia unijnego na pewno byłoby bardzo cenne, gdybyśmy mieli twardy dowód na to, że premier Johnson ma większość w parlamencie brytyjskim. Dlatego przeprowadzenie wstępnego głosowania jeszcze przed szczytem byłoby pomocne.

Kilka miesięcy temu Jacek Czaputowicz w rozmowie z „Rz" proponował ograniczenie do pięciu lat backstopu. Oferta Johnsona jest rozwinięciem tego pomysłu?

Minister nazwał rzeczy po imieniu, mówiąc, że bezterminowy backstop jest nie do zaakceptowania dla Wielkiej Brytanii. Propozycja Johnsona także jest próbą przywrócenia równowagi w zobowiązaniach, jakie podejmują Bruksela i Londyn.

Groźba Johnsona bezumownego brexitu 31 października, jeśli Bruksela nie pójdzie na kompromis, jest wiarygodna?

Jak zawsze w takich rokowaniach, każda ze stron stara się użyć presji czasu na swoją korzyść. Jednak w tym przypadku nie można tego sprowadzić tylko do taktyki. Zegar tyka, termin brexitu bez zmiany stanowiska brytyjskiego jest niewzruszalny i dlatego ryzyko wyjścia Królestwa z Unii bez porozumienia jest wciąż bardzo wysokie.

Brytyjski parlament przyjął jednak ustawę, która obliguje premiera do wystąpienia do Unii o odłożenie brexitu, jeśli nie będzie porozumienia...

Od początku procesu brexitu rzeczy dzieją się nie tak, jak się wszyscy tego spodziewają. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której wszyscy robią to, co do nich należy, a mimo to dochodzi do bezumownego brexitu 31 października. To, że potem dojdzie do turbulencji politycznych na Wyspach, a brytyjski premier być może zostanie pociągnięty do odpowiedzialności konstytucyjnej na skutek wadliwego wykonania tej ustawy, nie będzie już miało dla sprawy większego znaczenia.

Polska – i szerzej: cała Unia – może stanąć przed dylematem, kto reprezentuje stanowisko Londynu: parlament czy rząd?

To nie jest problem Unii. Dla nas jest jasne, że brexit można odłożyć, tylko jeśli rząd brytyjski złoży uzasadniony wniosek. Bez tego nie może być o tym mowy.

Johnson wystąpi z takim uzasadnionym wnioskiem?

Nic na to nie wskazuje, w dzisiejszych warunkach prędzej poda się do dymisji, by z czystą kartą pójść do wyborów.

Co by to znaczyło dla brexitu?

Zależy, kiedy taka dymisja zostałaby złożona, w jakich okolicznościach i w jaki sposób zareagowałby na nią parlament. Przy tym rozedrganiu bardzo trudno przewidzieć konsekwencje takiego ruchu. Mogę natomiast powiedzieć, że z całą pewnością ryzyko bezumownego brexitu pozostałoby w tej sytuacji bardzo wysokie.

Polacy na Wyspach alarmują, że administracja robi trudności z wydawaniem prawa stałego pobytu nawet tym obywatelom UE, którzy od ponad pięciu lat tam mieszkają. Madryt ostrzegł, że jeśli w ciągu dwóch miesięcy to się nie zmieni, pozbawi praw 400 tys. Brytyjczyków, którzy mają tam domy.

Jeżeli prawa naszych obywateli w Wielkiej Brytanii nie będą chronione umową wyjścia zawartą z całą Unią, to z pewnością będziemy bardzo skrupulatnie przestrzegali zasady wzajemności. Nie sądzę, aby intencją Londynu było dalsze obciążanie i tak już nadwątlonych relacji z Unią. Brytyjski rząd chce po brexicie jak najszybciej przystąpić do negocjacji nad umową o wolnym handlu z Brukselą. Polska ma zaś istotny wpływ na to, co się będzie działo w tej materii. Na razie jednak apelujemy do polskich obywateli, aby w większym stopniu zainteresowali się procesem rejestracji, który zapewni im ochronę praw po brexicie. Jesteśmy oczywiście zainteresowani tym, aby Polacy wracali z emigracji. Fala wyjazdów, która dotknęła nasz kraj po akcesji do Unii, jest dla nas kosztem. Jednak powrót Polaków nie może wynikać z dyskryminacji na Wyspach, ale życiowego przekonania, że w to w Polsce warto kontynuować plany życiowe. Biorąc pod uwagę sytuację w Polsce, powody, dla których wiele osób zdecydowało się na wyjazd, ustępują.

Charles Moore, oficjalny biograf Margaret Thatcher, powiedział „Rz", że źródła brexitu sięgają decyzji o powołaniu euro i poczuciu zagrożenia dla brytyjskiej suwerenności. Heiko Maas, szef MSZ Niemiec, twierdzi, że Polska, inaczej niż RFN, też jest bardzo wyczulona na zachowanie suwerenności. Czy próba budowy bardziej federalnej Europy może doprowadzić do rozejście się oczekiwań Polski i reszty Unii? Czyż nie to jest lekcją brexitu?

Federalizacja procesu europejskiego to najlepsza recepta na rozpad Unii. Ta struktura tego nie wytrzyma. Jednak wbrew temu, co mówi Heiko Maas, to nie dotyczy tylko Polski czy w szczególności Polski. Dania, Holandia czy Szwecja, żeby tylko podać te trzy przykłady, wyznaczyły bardzo wyraźnie granice swojego zaangażowania w uwspólnotowienie Unii. Na pewno sposób odczytania brexitu Charlesa Moore'a jest mi bliższy niż tych, którzy gdzieś na tyłach debaty europejskiej twierdzą, że skoro nie będzie Brytyjczyków, to przyszedł czas na przyspieszenie integracji. Wyjście Brytyjczyków z Unii to jest faktycznie konsekwencja bardzo głębokiego zmęczenia sobą. Tego nie można sprowadzać do medialnych popisów „The Sun" czy samego rozpisania referendum przez Davida Camerona. Ale odpowiedzialność leży tu nie tylko po stronie unijnej, ale także brytyjskiej, która nie potrafiła w lepszy sposób opisać tego procesu. Dziś jednak wszyscy powinni sobie uświadomić, że tylko zachowując Unię dużej skali, jaka powstała po rozszerzeniu w latach 2004–2007, może zapewnić podmiotowość zjednoczonej Europy na świecie, jej znaczenie w globalnym świecie. Za tym opowiada się Polska. Narażanie Unii na podziały – błędnymi politykami czy też federalnymi mrzonkami – to prosta droga do podzielonej, a zatem słabszej Europy.

Po brexicie nasz kraj przejmie rolę Londynu i zacznie bronić interesów USA w Unii?

Nie naszą rolą jest obrona interesów amerykańskich. Tym niech się zajmie Waszyngton. Ale Polska, jak i Wielka Brytania, bardzo dobrze widzi potrzebę obrony wspólnych interesów Zachodu, do którego należą tak Unia, jak i Ameryka. Nasze rozumienie interesów polskich zakłada minimalizowanie napięć między UE a USA. Nasza polityka jest zrównoważona! Polska ani razu nie wyłamała się ze wspólnego stanowiska Unii, jeśli takie było. Mimo pewnego zrozumienia dla polityki USA wobec Iranu nie podważyliśmy jedności UE w sprawie umowy o powstrzymaniu irańskiego programu atomowego. Kontynuujemy prace nad podatkiem cyfrowym na forum UE, mimo że USA nie chcą o tym słyszeć. Zaangażowaliśmy się w projekty wzmocnienia unijnego wymiaru polityki obronnej, oczekując jedynie synergii z NATO. Widzę tu wiele przejawów równowagi strategicznej, o którą faktycznie musimy dbać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA