fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Rasputin na dworze Borisa Johnsona przeforsuje twardy brexit?

Dominic Cummings, główny doradca Borisa Johnsona, trzy lata pracował w Rosji. Utrzymał z tego okresu jakieś kontakty?
AFP
Pierwszy raz premier chce pozostać u władzy, nawet jak straci zaufanie parlamentu. Cel: przeforsować twardy brexit.

Taki jest plan Dominica Cummingsa, głównego doradcy Borisa Johnsona, który, jak podejrzewa brytyjska prasa, niczym Rasputin na dworze cara Mikołaja II całkowicie zawładnął umysłem szefa rządu.

– Cummings odkrył lukę w przepisach, jego teoria nie jest wcale całkowicie bezpodstawna. Co prawda w dziejach Wielkiej Brytanii jeszcze się nie zdarzyło, aby po przegłosowaniu przez parlament wotum nieufności szef rządu nie złożył dymisji. Ale z drugiej strony ustawa o zasadach pracy parlamentu z 2011 r. nie mówi wprost, że musi on w takim przypadku zrezygnować ze swoich funkcji – mówi „Rzeczpospolitej" Catherine Haddon, czołowa brytyjska ekspertka w dziedzinie prawa konstytucyjnego, pracująca dla londyńskiego Institut for Government.

Królowa wezwie Johnsona?

To wcale nie jest teoretyczne pytanie. Dziś torysi mają w Izbie Gmin większość zaledwie jednego posła, i to tylko dzięki wsparciu Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP) z Irlandii Północnej. Jednak kilkudziesięciu proeuropejskich deputowanych Partii Konserwatywnej jest gotowych przyłączyć się do laburzystów i głosować przeciw Johnsonowi, byle powstrzymać twardy brexit.

Tyle że działanie takiej koalicji kończyłoby się na tym punkcie. – Laburzyści chcieliby powołać na miejsce Johnsona Jeremy'ego Corbyna, podczas gdy rebelianci z Partii Konserwatywnej woleliby „rządu jedności narodowej" na czele np. z weteranem brytyjskiej polityki, proeuropejskim torysem Kennethem Clarkiem. Te rozbieżności chce wykorzystać Cummings – mówi Haddon.

Przeczytaj także: Kongres USA staje po stronie Irlandczyków

Plan doradcy Johnsona zakłada, że co prawda premier ogłosi przedterminowe wybory, ale tak, aby odbyły się już po zakładanej dacie brexitu 31 października. W ten sposób premier bez większości parlamentarnej, a nawet wbrew większości Izby Gmin wyprowadziłby kraj z Unii bez żadnego porozumienia.

– Mówiąc najprościej: premier nie uważa, że do polityków należy wskazywanie, które wyniki głosowania należy respektować – uznał w jednym z nielicznych wywiadów dla Sky News Cummings. Miał na myśli konieczność wypełnienia wyniku referendum z 2016 r., nawet jeśli dziś większość parlamentarna ma inne zdanie.

Kalendarz układa się po myśli Cummingsa. Deputowani wracają po letniej przerwie do pracy 3 września i jeśli od razu przeprowadzą głosowanie nad wotum nieufności, to Johnson będzie mógł zwołać nowe wybory pod koniec tego miesiąca. Ale może poczekać z tym dłużej, bo przepisy mówią jedynie o tym, że musi minąć 25 dni roboczych przed nowym głosowaniem.

Wskazanie terminu wyborów już po 31 października bardzo zwiększyłoby szanse Johnsona na utrzymanie się u władzy. Mógłby liczyć na przejęcie głosów eurosceptycznej Partii Brexitu Nigela Farage'a jako premier, który w końcu zdołał wypełnić mandat narodu sprzed trzech lat.

Ten plan byłby znacznie mniej realny, jeśli Izba Gmin jednak porozumie się wokół kompromisowego kandydata na premiera.

– Wówczas można spodziewać się rzeczy bezprecedensowej: bezpośredniego zaangażowania królowej w politykę. Elżbieta II najpewniej wezwałaby wtedy Johnsona do pałacu Buckingham i nakazała ustąpić ze stanowiska. Presja na premiera byłaby wtedy ogromna. Miejmy jednak nadzieję, że politycy nie będą zmuszali 93-letniej monarchini do czegoś takiego – mówi Catherine Haddon.

Trzy lata w Rosji

48-letni Cummings ma wiele niejasnych kart w swoim życiorysie. W znanym z twardej polityki wobec Rosji kraju wiele pytań wywołuje jego działalność biznesowa z końca lat 90. ubiegłego wieku. Próbował on wtedy (bez powodzenia) uruchomić tanie linie lotnicze między Samarą i Wiedniem. W latach rządów Tony'ego Blaira, który chciał skłonić Wielką Brytanią do referendum w sprawie przystąpienia do strefy euro, Cummings stanął na czele ruchu Business for Sterling. Do wielkiej polityki wprowadził go jednak dopiero w 2010 r. Michael Gove, który jako minister edukacji mianował go szefem swojego gabinetu. Pięć lat później, gdy rozkręcała się kampania przed referendum rozwodowym, Cummings utworzył komitet Vote Leave (głosuj za wyjściem), który okazał się główną machiną propagandową na rzecz wyjścia kraju z Unii. To wówczas poznał go Johnson, który do zwolenników rozwodu przyłączył się dopiero w lutym 2016 r.

Zdaniem „Guardiana", gdy w lipcu Boris Johnson kompletował ekipę, która ma zapewnić wyjście „bez żadnych ale" kraju z Unii w dniu Holloween, Cummings zgodził się do niej dołączyć, ale pod warunkiem że przejmie pełną kontrolę nad agendą szefa rządu. Zdaniem rozmówców lewicowego dziennika specjalny doradca wprowadził wręcz „rządy terroru" na Downing Street 10: każdy, kto podważy pokerową strategię premiera, musi się liczyć z natychmiastową dymisją. Jedno pozostaje pewne: gros zespołu pracującego dla szefa rządu składa się z działaczy Vote Leave, których wprowadził Cummings.

Wraca pomysł Czaputowicza

Ale niepodzielna władza doradcy Johnsona w żadnym wypadku nie sięga tylko parlamentu, ale nawet klubu torysów w Izbie Gmin. Tu do roli jego głównego oponenta urasta „konserwatywny buntownik" Dominic Grieve, prokurator generalny za Davida Camerona. I on próbuje znaleźć w ustawodawstwie królestwa sposób na powstrzymanie brexitu. Najskuteczniejsza byłaby uchwała parlamentu zakazująca wyjścia kraju ze Wspólnoty bez porozumienia, nakazująca rządowi wystąpienie do Brukseli o odłożenie po raz trzeci daty rozwodu lub w ogóle odwołująca cały proces rozwodowy przeprowadzany w ramach art. 50. traktatu o UE. Szanse na zbudowanie większości w parlamencie wokół jednego z tych celów są jednak na razie ograniczone.

Twardemu brexitowi może też zapobiec Bruksela. Johnson co prawda Unię zaszantażował, uzależniając rozpoczęcie rokowań od wycofania się Brukseli z tzw. backstopu: utrzymania Irlandii Północnej w jednolitym rynku nawet po wyjściu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty, aby uniknąć kontroli na granicy między Ulsterem a Republiką Irlandii. Ten warunek na razie został całkowicie odrzucony tak przez europejską centralę, jak i Dublin.

Jednak choć irlandzki premier Leo Varadkar na razie wyklucza rezygnację z backstopu, to jednak przyznaje, że „należy negocjować": twardy brexit oznaczałby, że Irlandczycy i tak sami musieliby wprowadzić kontrole na północnej granicy. Z kolei zdaniem brytyjskich mediów nawet unioniści z DUP byliby skłonni pogodzić się z backstopem, gdyby z góry określono, że ma on zostać utrzymany na określony czas. W tym kontekście mówi się w Belfaście o pięciu latach. Taki pomysł po raz pierwszy wysunął w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" wiosną tego roku szef polskiej dyplomacji Jacek Czaputowicz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA