Reklama

Berlinale: Reżyserki szturmem wzięły europejski festiwal

Dyrektor Berlinale podpisał zobowiązanie, które przyjęły już inne imprezy, i w 2020 r. w konkursach będzie tyle samo filmów zrealizowanych przez kobiety co przez mężczyzn.

Aktualizacja: 14.02.2019 20:39 Publikacja: 14.02.2019 18:24

Berlinale: Reżyserki szturmem wzięły europejski festiwal

Foto: AFP

Fotografowie uwiecznili moment składania podpisu, pr-owcy rozesłali do dziennikarzy odpowiednie komunikaty. Ale tak naprawdę to przede wszystkim Cannes ma kłopoty związane z gender. Tam wśród dwudziestu kilku konkursowych filmów zwykle jeden czy dwa są dziełem kobiet.

Berlin nigdy z tym problemu nie miał. W tym roku z 400 wyświetlanych na Berlinale filmów – za 191 odpowiedzialne są kobiety. Z poprzedniego festiwalu ze Złotym Niedźwiedziem wyjechała  Rumunka Adina Pintilie, w tym roku o tę statuetkę walczy 7 pań i 9 panów.

Kobiety coraz częściej są też dzisiaj w filmach postaciami pierwszoplanowymi. W nakręconej na czarno-białej taśmie „Elisie & Marceli” Hiszpanka Isabel Coixet opowiedziała o miłości dwóch kobiet na przełomie XIX i XX wieku, gdy lesbijki były osądzane i skazywane na więzienie. Tytułowe bohaterki walczą o swoje uczucie, nawet uciekając się do forteli, gdy jedna z nich przebiera się za mężczyznę, ale nie mogą uniknąć tragedii.

Piękny, stylowy obraz nie ma w sobie nachalności. Jest opowieścią o prawie do bycia sobą, do osobistych wyborów, które niekoniecznie muszą być akceptowane przez społeczeństwo. Ta historia naprawdę wydarzyła w hiszpańskim miasteczku La Coruna, gdzie ślub w 1910 roku wzięły dwie kobiety, a jedna z nich udawała mężczyznę. Ale na końcu filmu reżyserka podaje liczby i przypomina, że w większości krajów świata małżeństwa jednopłciowe wciąż są nieakceptowane, a w wielu miejscach do dzisiaj za „zakazaną” miłość grozi więzienie.

Ciekawe filmy pokazały też Macedonka Teona Strugar Mitevska, Austriaczka Marie Kreutzer czy Niemka Nora Fingscheidt. W „Bóg istnieje, ma na imię Petrunia” Mitevka opowiedziała o patriarchalnym, zdominowanym przez mężczyzn świecie, w którym kobieta walczy o swoją godność i równe traktowanie.

Reklama
Reklama

„System-crasher” Fingscheidt to historia agresywnej dziewięciolatki, z którą nie dają sobie opiekunowie społeczni i kolejne rodziny zastępcze. Ale nie jest to portret nie małej przestępczyni, lecz opuszczonego dziecka, które łaknie tylko jednego: miłości matki, która wyrzuciła ją z domu, gdy założyła nową rodzinę z partnerem, który dziewczynki nie akceptował.

„Ziemia pod stopami” to z kolei film o współczesnej kobiecie sukcesu, która idzie do kariery po trupach. Aż do chwili, gdy jej siostra usiłuje popełnić samobójstwo, a ona sama przestaje wytrzymywać tempa, jakie narzuca jej korporacyjny świat.

O Złotego Niedźwiedzia walczą też nowe filmy Lone Scherfig, Agnieszki Holland, Angeli Schanelec. Czy jednak jest to kino kobiece? Reżyserki przywiozły do Berlina po prostu filmy inteligentne, pełne tolerancji, wrażliwości i wyczulenia na odmienność, tętniące współczesnymi problemami. Nie trzeba podpisywać zobowiązań. Te tytuły po prostu warto mieć na festiwalu.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
ROP na zakręcie. Bez kompromisu się nie uda
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama