fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Rusłan Szoszyn: Polska to nie Białoruś

Mińsk, protesty
Siły bezpieczeństwa na ulicach Mińska
AFP
Porównania sytuacji w obu krajach są medialnie chwytliwe, ale nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.

Od wiosny aresztów i zatrzymań na Białorusi doświadczyło kilkanaście tysięcy przeciwników reżimu Aleksandra Łukaszenki. Obrońcy praw człowieka nie nadążają liczyć więźniów politycznych, na razie jest ich około 100 i ta liczba niemal codziennie rośnie. Niektórych znam osobiście. Paweł Siewiaryniec nie widział swojego dwuletniego synka, odkąd został aresztowany 7 czerwca. Nie wiadomo, kiedy go zobaczy i jaki ostatecznie usłyszy wyrok. Można tylko wyobrazić co czuje, mając świadomość, że dyktatura, z którą od ćwierć wieku walczy, jest bezwzględna, brutalna i bardzo nieprzewidywalna. A jego bliscy znajdują się właśnie tam, po drugiej stronie wysokiego muru. Wyobraźmy sobie, co czuje jego żona Wolha, która ma świadomość tego, że jej mąż może nie wyjść z więzienia...

A przecież byli i tacy, którzy nie przeżyli tegorocznego, już szóstego z rzędu „zwycięstwa" Łukaszenki. Aleksander Tarajkouski, Henadź Szutow, Aleksander Wichor zostali postrzeleni podczas pokojowych protestów. Nikt nawet nie prowadzi śledztwa w sprawie ich śmierci. Podobnie jak nie badają spraw kilku przeciwników reżimu, którzy nagle postanowili się „powiesić w lesie" w trakcie trwających już trzeci miesiąc protestów.

A co mówić o tysiącach pobitych, rannych i okaleczonych. Tych ostatnich każdy chętny może poznać osobiście, gdyż wielu z nich obecnie przebywa w polskich szpitalach i sanatoriach na rehabilitacji. Opowiedzą, jak po wyborach 9 sierpnia w areszcie mundurowi rozbierali ludzi do naga, bili gumowymi pałkami i zmuszali do leżenia na ziemi ze skutymi z tyłu rękami po kilkanaście godzin. Opowiedzą, jak białoruski OMON w ciągu zaledwie kilku sekund wyważał drzwi, wkraczał i masakrował wszystkich obecnych w mieszkaniu. Bez litości, bez skrupułów i co najgorsze, bez hamulców. Mogą też opowiedzieć o tym, ile czasu potrzebuje białoruski sędzia, by przekreślić życie człowieka. W tak zwanym sezonie w czasie wyborów, gdy zazwyczaj mają pełne ręce roboty, wyrok zapada w ciągu nie więcej niż 5–10 minut. Wystarczy, że anonimowy milicjant zeznaje, że oskarżony „stawiał opór", i człowiek prosto z protestu trafia do aresztu śledczego.

Tych najbardziej odważnych zmuszają do spania na betonowej podłodze i odcinają bieżącą wodę w celi. Czekając tam na wyrok ostateczny, białoruski opozycjonista modli się jedynie o to, by tych lat spędzonych za kratami było jak najmniej. Wie, że nikt go nie obroni i że całe jego życie jest w rękach wyłącznie jednego człowieka – Aleksandra Łukaszenki. To on jest głównym sędzią, prokuratorem i obrońcą na Białorusi. Co prawda ułaskawił jedną osobę – spośród kilkuset skazanych na karę śmierci za jego rządów.

Ale były i gorsze czasy. Miałem dziewięć lat, gdy „nieznani sprawcy" porwali wszystkich czołowych przeciwników reżimu. Nigdy nie wrócili do domu, podobnie jak nigdy nie wróciły do swojej ojczyzny ich ukrywające się za granicą żony i dzieci. Do dzisiaj na Białorusi krążą opowieści i plotki o tym, w jaki sposób mordowano tych ludzi i gdzie pochowano.

Był wśród nich ostatni niezależny szef białoruskiego Centralnego Komitetu Wyborczego Wiktar Hanczar, najpierw służba bezpieczeństwa prezydenta wyrzuciła go z gabinetu, a później zniknął bez śladu. Od tamtej pory nowe, już „poprawne" CKW, bez zakłóceń fałszuje wszystkie wybory na Białorusi, gwarantując 80-procentowe poparcie dla prezydenta. To nic, że nie uznaje go żadne demokratyczne państwo na świecie. Propagandowa telewizja mówi, że tak ma być, i Białorusinów nie ratuje pilot do telewizora, nie mają na co przełączyć, bo do wyboru mają propagandę rosyjską.

Jedyna niezależna białoruska stacja nadaje właśnie z Polski, która ostatnio jest często porównywana do dyktatury Łukaszenki. To łatwo sprzedać na Twitterze i na pewno szybko wychwycą media. Ale pamiętajmy o ludziach, którzy 200 kilometrów na wschód od Warszawy siedzą w więzieniach, a przekraczając polską granicę, oddychają pełną piersią. Wierzą w polską Solidarność i demokrację, bo żaden kraj na świecie nie wspierał demokratycznych aspiracji Białorusinów tak jak Polska. I to chyba jedyna kwestia, co do której na Wiejskiej zgadzają się i zawsze zgadzali się wszyscy niezależnie od wyznania i przynależności partyjnej.

Konkludując, chciałbym zwrócić uwagę kolegów po fachu, że w momencie napisania tego tekstu sześciu dziennikarzy siedziało na Białorusi w więzieniu. Od początku roku zatrzymano, ukarano karą grzywny lub skazano na areszt ponad 440 dziennikarzy. Warto się zastanowić nad tą liczbą, zanim porówna się polską rzeczywistość z dyktaturą na Białorusi. Oby nikt podobnej w Polsce nie doświadczył.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA