fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Andrzej Stankiewicz: Platforma Obywatelska walczy sama ze sobą

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Tak brutalnej wojny w rządzącej Polską od ośmiu lat Platformie nie było nigdy.

W regionalnych strukturach Platformy Obywatelskiej wrze. To efekt zakończonego pod koniec minionego tygodnia układania list wyborczych do parlamentu.

Powód walki o miejsca jest oczywisty. Pewne jest, że PO uzyska w najbliższych wyborach wynik znacznie gorszy niż w poprzednich – w 2011 oraz 2007 r. – gdy zdobywała po ok. 40 proc. To zaś oznacza, że kandydaci z dalszych miejsc do Sejmu oraz wielu kandydatów do Senatu nie wejdzie do parlamentu. Wojnę o miejsca na listach można było więc przewidzieć.

Do przewidzenia nie było jednak, że ta walka przybierze tak brutalną formę, poważnie zagrażając kondycji PO przed jesiennym starciem z PiS.

Szefowie wojewódzkich struktur PO – zwani baronami – przeprowadzają czystki na listach, usuwając wieloletnich konkurentów. Kiedy liderem Platformy był Donald Tusk, nie pozwalał na takie rozgrywki. Tyle że Tusk miał pozycję w partii nieporównanie silniejszą niż jego następczyni Ewa Kopacz. Korzystając ze słabości pani premier, baronowie ułożyli pod siebie listy w większości regionów.

Szef PO w Łódzkiem i lider wpływowej frakcji PO zwanej spółdzielnią Cezary Grabarczyk usunął z list swą poprzedniczkę, z którą walczy od lat, Iwonę Śledzińską-Katarasińską. Siebie umieścił na pozycji nr 1. Przyjaciółka pani premier Bożenna Bukiewicz, szefowa PO w Lubuskiem, wycięła troje posłów obecnej kadencji, a czwartego zesłała do Senatu. Na liście zostawiła siebie (na pozycji nr 1) oraz przysłanego z Łodzi Stefana Niesiołowskiego (nr 2).

Sfrustrowani są partyjni młodzi. Wbrew zapowiedziom Ewy Kopacz baronowie przypisali im na listach role statystów. W Lublinie reprezentantką młodych została – wbrew rekomendacjom partyjnej młodzieżówki – związana ze spółdzielnią Magdalena Gąsior-Marek, która stara się o trzecią kadencję w Sejmie.

W dodatku w partii wciąż żywa jest rywalizacja między spółdzielnią a stronnikami Grzegorza Schetyny. Rozgrywka toczy się o to, kto wprowadzi większą liczbę posłów, by grać pierwsze skrzypce w Klubie PO po wyborach.

To ważne, bo siła poszczególnych frakcji może wręcz zdecydować nie tylko o tym, czy Kopacz utrzyma władzę w partii, ale także o wejściu do koalicji czy też pozostaniu przez PO w opozycji. Dlatego gdy bliski Schetynie szef Klubu PO Rafał Grupiński mówi o tym, że na pierwszych miejscach list PO nie powinno być polityków zamieszanych w skandale – w tym aferę podsłuchową – to tak naprawdę ma na myśli głównie ludzi Grabarczyka.

Kopacz może jeszcze zmienić listy wyborcze. Według naszych rozmówców we władzach PO pani premier nie ma jednak takiej siły politycznej, by drastycznie przebudować listy i pomieszać szyki najsilniejszym baronom.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA