fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Zuzanna Dąbrowska: Kryzys władzy: ktoś tu straci głowę?

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Jarosław Kaczyński tak mocno naciągnął stalową linkę trzymającą w jednym kawałku Zjednoczoną Prawicę, że pęknie zaraz albo ona, albo Jarosław Gowin.

Trudno się dziwić, że w czasie największego fizycznego zagrożenia dla kraju od czasu stanu wojennego kryzys dopadł także władzę. Albo z niego wyjdzie – poobijana i poraniona czołgając się do wyborów – albo Jarosław Kaczyński uzna to za nieopłacalne i odda władzę nad pandemią opozycji, być może w pakiecie z Jarosławem Gowinem.

Prezes prze do wyborów w jakiejkolwiek formie z kilku powodów. Przede wszystkim boi się, że później będzie gorzej. Nie wierzy w to, że jesień przyniesie uspokojenie, a wie, że wytrzymałość obywateli i kasy państwa będzie się wtedy kurczyć w błyskawicznym tempie. Precyzyjnie wyraził to Zbigniew Ziobro w wywiadzie dla „Super Expressu”, mówiąc, że według specjalistów „epidemia potrwa co najmniej rok, a może nawet dwa lata, a swoje apogeum osiągnie najpewniej za kilka miesięcy, i w tym sensie lepiej jest wybory przeprowadzić korespondencyjnie 10 maja niż w apogeum pandemii”. I zapewnił, że w tej sprawie „stoi po stronie Jarosława Kaczyńskiego”.

Ta analiza brzmi racjonalnie i pomaga zrozumieć paniczną niechęć obozu władzy do przełożenia wyborów.

Poza tym gołym okiem widać, że prezydent Duda nie ma pomysłu na pandemię. Na początku próbował stanąć na czele obozu walki z zarazą, ale ministra Łukasza Szumowskiego nie ma szans przebić. Roli więc dla siebie nie znalazł i zajął się TikTokiem. Jeśli kampania potrwałaby dłużej, mógłby mieć jeszcze lepsze pomysły.

A skąd się wzięła koncepcja powszechnego głosowania korespondencyjnego, nazywanego już „kopertowym”? To sposób PiS na oddalenie głównego zagrożenia, które godzi w wizerunek partii: zarzutu działania przeciw zwykłym ludziom. Tym, którzy się boją wirusa albo mają kłopot z dostępem i użytkowaniem internetu. A to zdecydowana większość obywateli. Sondaże pokazały, że ok. 70 proc. głosujących nie chce majowego terminu z powodu zagrożenia. Projekt likwidujący punkty wyborcze został więc złożony przez PiS, ale nie po to, żeby go uchwalić (to nie jest możliwe w związku z przewagą opozycji w Senacie i 30 dniami na proces legislacyjny), tylko po to, by ratować wizerunek „partii zwykłych ludzi”.

Teraz wicepremier Sasin może mówić w mediach: „nasze rozwiązania są całkowicie bezpieczne”. Mając wybór między zmianą terminu a eliminowaniem zagrożenia, PiS usiłuje się pozbyć zagrożenia. Jak jednak pokazuje obecny kryzys – jest to zupełnie nierealne.

Jarosław Kaczyński chce władzę zachować – to jasne. Ale najważniejsza władza to rząd dusz i posłuszeństwo całej formacji, całej większości sejmowej, a nie tylko rządzenie premierem. Jeśliby się cofnął teraz, w sprawie wyborów, tę wewnętrzną władzę przejmie kto inny, zapewne ten, który się prezesowi postawił. Bo odtąd będzie to robił już stale. Jarosław Gowin musi więc ulec lub odejść.

Kiedyś już stalowa linka, którą związana jest władza, była naprężona równie mocno. Pękła – i rozpadła się koalicja rządząca, a PiS oddało władzę. Ale jeśli tym razem wytrzyma, pewnie komuś głowę obetnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA