fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Tomasz Krzyżak: Nie ma sensu kryć się za parawanem

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Drobny gest jest czasami ważniejszy niż zapewnienia i wzniosłe słowa. Niestety polscy biskupi już tak bardzo się zagubili, że nawet o tym zapomnieli.

Hierarchowie mówią, że sprawy dotyczące molestowania nieletnich są przez nich traktowane z najwyższą powagą. Słyszymy, że już w roku 2009 powstały wytyczne, które kilka razy były dostosowywane do prawa kościelnego i cywilnego. Opinia publiczna słyszała o istnieniu Centrum Ochrony Dziecka, które prowadzi szkolenia w zakresie ochrony dzieci i młodzieży. W każdej diecezji jest delegat, do którego mogą zgłaszać się skrzywdzeni. Kilka razy biskupi przepraszali też za wszystkie przypadki pedofilii w Kościele. Bili się w piersi przyznając, że zawodziła komunikacja z wiernymi, którzy czują się w tym wszystkim pogubieni i osamotnieni.

W ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” ukazał się jednak wywiad z dr Barbarą Smolińską z Pracowni Dialogu, jedną z inicjatorek powstania telefonu zaufania „Zranieni w Kościele”. Telefon ten działa raz w tygodniu przez trzy godziny. Jest przeznaczony dla osób, które doświadczyły molestowania seksualnego ze strony duchownych. W ciągu niespełna roku funkcjonowania (powstał w marcu 2019) zadzwoniło na niego blisko sto osób, które opowiedziały – często po raz pierwszy – o swojej krzywdzie. Wielu osobom udało się pomóc. Rozmów byłoby pewnie więcej, gdyby o istnieniu telefonu wiedziało więcej osób – np. gdyby dowiedziały się o nim w swojej parafii. Tymczasem dr Smolińska mówi, że dotychczas nie udało się z tą informacją do nich dotrzeć. Niektórzy biskupi podają wprawdzie numer na stronach kurii, ale żaden nie wysłał do parafii w swojej diecezji plakatu czy ogłoszenia z informacjami o inicjatywie i numerem telefonu, by proboszcz umieścił go w gablocie.

Przeczytaj także: Jean Vanier, założyciel wspólnoty Arka, wykorzystywał seksualnie kobiety

Odrębną kwestią jest to, ilu proboszczów wywiesiłoby plakat, ale iskra powinna wyjść od biskupa. Nie wychodzi. A przecież to gest drobny i prosty. Z każdej kurii idzie do parafii przynajmniej raz w miesiącu specjalna poczta.

Skąd brak tej iskry? Może to tylko zapomnienie, może rezerwa do osób, które uruchomiły inicjatywę. A może niechęć wynika z tego, że nie był to pomysł biskupów, lecz świeckich? Ale jak w tej sytuacji wierzyć w zapewnienia, że Kościół chce zadbać o pokrzywdzonych i odzyskać zaufanie wiernych?

W tym tygodniu rozpoczyna się Wielki Post. Najbliższy piątek ma być dniem modlitwy i pokuty za grzech wykorzystania seksualnego nieletnich. Mają się odbyć specjalne nabożeństwa. Znów odrębną kwestią jest to, w ilu parafiach się odbędą, ale biuro delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży przygotowało dla księży materiały duszpasterskie. W książeczce, która miała dotrzeć do każdej parafii (dostępna jest także w internecie), informacja o telefonie zaufania jest. Tyle tylko, że to materiał na tzw. użytek wewnętrzny. W wielu parafiach od razu trafi na stosik podobnych. A przecież telefon zaufania nie jest dla duchownych, lecz dla pokrzywdzonych.

Episkopat założył Fundację św. Józefa, która ma pomagać skrzywdzonym. Powoli się rozkręca. Ale jeśli informacja o niej będzie ukrywana jak ta o istnieniu telefonu, to nie ma to sensu. Dziś nie ma już tygodnia bez informacji o molestowaniu w Kościele, okazuje się, że sprawcami były osoby uznawane za autorytety – np. zmarły w ub. roku Jean Vanier, założyciel wspólnoty Arka, który, jak wynika z raportu wspólnoty, molestował co najmniej sześć kobiet. Naprawdę nie ma więc co się kryć za parawanem. Trzeba pójść do ludzi.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA