Starcia w Kairze trwają trzeci dzień. Do akcji wkroczyło wojsko, nie żyje kilkadziesiąt osób, prawie 2 tysiące jest rannych. Czy to powtórka lutowej rewolucji?
Daniel Pipes:
Egipt miał rewolucję w 1952 r., kiedy wojsko zmusiło do abdykacji króla Faruka I. W lutym to był zwykły zamach stanu, który zakończył się odsunięciem od władzy Hosniego Mubaraka. Instytucje państwowe pozostały bez zmian. Ale to, co dzieje się teraz, może się zakończyć obaleniem wojskowych, którzy rządzą krajem od prawie 60 lat. Z tego może wyjść rewolucja.
Demonstranci na placu Tahrir są rozczarowani brakiem politycznych reform i przywilejami dla junty. Czy wierzy pan, że po wyborach 28 listopada zapowiadane reformy zaczną być realizowane?
Te wybory nie będą miały żadnego znaczenia. Reformy będą, jeśli wojsko zgodzi się oddać władzę cywilom. Może to zrobić dobrowolnie – w co nie wierzę – albo pod naciskiem protestujących – jeśli oczywiście będą wystarczająco silni. Na razie nie są, ale mam wrażenie, że to się wkrótce może zmienić.
Jest pan zadowolony z efektów arabskiej wiosny w innych krajach, w których doszło do obalenia władz – np. w Libii czy Tunezji?
Jeśli chodzi o Tunezję, musimy poczekać na rozwój wydarzeń. A Libia? Tam doszło do rewolucji, zmieniło się wszystko: władze, instytucje, nawet ustrój państwa. Przeraża mnie, że najważniejszą siłą stali się islamiści.
Wygląda na to, że los podobny do tego, jaki spotkał Muammara Kaddafiego – mam na myśli obalenie przez rebeliantów przy wsparciu z zewnątrz – może czekać prezydenta Syrii Baszara Asada. Co potem? Wierzy pan w demokratyzację Syrii?
Demokratyzacja to skomplikowany i długotrwały proces. Znacie to z własnej historii. Polsce było bardzo trudno stanąć na własnych nogach po uniezależnieniu się od Związku Radzieckiego. A Syrii będzie jeszcze trudniej, bo demokratyczne struktury praktycznie w tym kraju nie istnieją. Spodziewam się, że demokratyzacja w Syrii, Libii, Jemenie czy Egipcie – a także w innych krajach regionu – potrwa wiele, wiele lat i będzie przebiegać według scenariusza pełnego nagłych zwrotów akcji.
W Tunezji na razie nie było takich zwrotów. Wygląda na to, że ten kraj radzi sobie nieźle po odsunięciu od władzy prezydenta Ben Alego.
Wolałbym się jeszcze wstrzymać z opinią na ten temat.
Iran, Arabia Saudyjska, Liban są nadal względnie spokojne. Czy to oznacza, że władze tych krajów nie muszą się martwić o swój los?
Za Iran bym nie ręczył. Tam już przecież dochodziło do protestów przeciwko władzy, a obecna sytuacja międzynarodowa tego kraju z powodu programu jądrowego wygląda kiepsko. Wystarczy iskra, żeby doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia, które może się zakończyć obaleniem reżimu. Ahmadineżad z pewnością nie może spać spokojnie.
—rozmawiał Rafał Kostrzyński
Daniel Pipes –
specjalista ds. Bliskiego Wschodu, przewodniczący amerykańskiego think tanku Middle East Forum i ekspert Instytutu Hoovera