Trzy lata nieprzerwanej wojny odcisnęły swój ślad na całym społeczeństwie libijskim, twierdzi duńska organizacja obrony praw człowieka Dignity.
Od obalenia dyktatora Muammara Kaddafiego w 2011 roku kraj wstrząsany jest wojną domową. Praktycznie walczą wszyscy ze wszystkimi, podziały przestały być czytelne nie tylko dla zagranicznych obserwatorów, ale i samych Libijczyków.
Z jednej piątej rodzin zniknął co najmniej jeden jej członek na skutek walk i zmieniających się okupacji. W co dziesiątej ktoś został aresztowany przez kolejne władze, a w 5 proc. po prostu kogoś zabito – piszą Duńczycy w swoim raporcie, który cytuje „Guardian". Spośród aresztowanych prawie połowa była bita, jedną piątą torturowano, zawieszając za ręce lub nogi, a 16 proc. – duszono.
Powszechność przemocy, która dotyka każdego mieszkańca i przed którą może uchronić tylko emigracja, wywołuje masowe problemy psychiczne. Ponad jedna trzecia pytanych przyznała się, że padła ofiarą różnego rodzaju gwałtów. Duńczycy odnotowali, że dodatkowo w miastach poszczególne gangi rozpowszechniają nagrania wideo z torturowania zatrzymanych, co ma służyć jeszcze większemu zastraszaniu ludności.
„Ludzie uważają, że nikomu już nie można wierzyć, dlatego boją się rozmawiać ze sobą, a przede wszystkim z przyjezdnymi" – mówił jeden z duńskich autorów raportu Morten Koch Andersen.
Ponadto źródła przemocy są irracjonalne dla większości mieszkańców, nierozróżniających poszczególnych walczących ze sobą uzbrojonych klanów i gangów. Jedna trzecia Libijczyków się przyznała, że cierpi na depresję. Ponad połowa boi się „żyć tu i teraz", 46,4 proc. jest niepewne przyszłości, a 29 proc. cierpi na zaawansowane nerwice.
W dodatku Libijczycy nie mogą liczyć na żadną pomoc. Jedynie 2 procent korzystało ze wsparcia międzynarodowych organizacji pozarządowych. Prawie wszystkie z nich uciekły z kraju, bojąc się właśnie chaosu wzajemnych walk. Trzy czwarte mieszkańców porzuconego kraju szuka pomocy u swojej rodziny, tradycyjnie dużej. 43 proc. otrzymało wsparcie – najczęściej bezpłatne – od pozostałych na miejscu libijskich lekarzy, jedna czwarta – dostała pomoc od przywódców miejscowych społeczności religijnych, a 18 proc. leczyło się u znachorów.