Szef samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej Aleksandr Zacharczenko twierdzi, że takie spotkanie mogłoby się odbyć na linii frontu pomiędzy obwodem dniepropietrowskim a charkowskim. – Spotkamy się pod warunkiem, że ukraińskie władze wycofają swoją armię, funkcjonariuszy MSW i inne uzbrojone grupy z terytorium całego obwodu donieckiego (obecnie separatyści to tylko jego część – red.) oraz gdy wypuszczą wszystkich więźniów skazanych za działalność polityczną – powiedział Zacharczenko w rozmowie z zagranicznymi dziennikarzami. W Kijowie nieoczekiwana propozycja lidera donieckich separatystów nie została potraktowana poważnie.

– Stanowisko ukraińskich władz jest niezmienne: żadnych bezpośrednich rozmów z separatystami, a już tym bardziej z Zacharczenką. Udaje on Napoleona, a jest zwykłą marionetką rosyjskich służb, które pociągają za wszystkie sznurki – mówi „Rz” znany kijowski politolog Wołodymyr Fesenko. – Nie ma dzisiaj możliwości rozwiązania konfliktu w Donbasie. Kijów stawia na dyplomację, ale wszyscy jedynie grają na czas.

W środę w Mińsku rozpoczęło się kolejne spotkanie grupy kontaktowej ds. uregulowania konfliktu na Ukrainie. Po raz dziewiąty członkowie tej grupy, do której należą przedstawiciele Ukrainy, Rosji, donieckich separatystów oraz OBWE, będą próbowali porozumieć się w sprawie całkowitego zawieszenia broni. Poprzednie miało obowiązywać od 1 września, ale armaty nie ucichły. Już następnego dnia ukraińska armia odnotowała 11 ostrzałów artyleryjskich.

– Nie chciałbym mobilizacji i stanu wojennego. Widzę zupełnie inny plan dla naszego kraju. Ale zależy to od działań Moskwy. Nadal istnieje wysoki poziom zagrożenia zbrojną agresją – mówił kilka dni temu Poroszenko podczas swojego corocznego wystąpienia w Radzie Najwyższej. Mówiąc o zagrożeniu, ukraiński prezydent miał zapewne na myśli ćwiczenia rosyjskiej armii Kaukaz 2016, które obecnie odbywają się w południowym okręgu wojskowym Rosji oraz w rejonie mórz Czarnego i Kaspijskiego. Udział w nich bierze około 12,5 tys. żołnierzy, wojska artyleryjskie, lotnictwo oraz flota.

– Głównym celem tych działań jest zastraszenie i szantażowanie Ukrainy. Po wakacjach prace rozpoczyna Rada Najwyższa i nie wykluczono, że Rosja będzie naciskała na zachodnich polityków, by w Kijowie uznano status Donbasu – mówi „Rz” kpt. Ołeksij Arestowycz, ukraiński analityk wojskowy. – Nie wykluczamy też, że w tym celu Rosjanie zwiększą aktywność w Donbasie – twierdzi. Wiele wskazuje jednak na to, że dyplomatycznego rozwiązania tego konfliktu w najbliższym czasie nie będzie. O losie Ukrainy prezydent Rosji miał rozmawiać z przywódcami Francji i Niemiec przy okazji szczytu G20 w Chinach. W konsekwencji Putin spotkał się jedynie z kanclerz Angelą Merkel i oskarżył Kijów o niewykonywanie porozumień mińskich. Nic poza tym.

Następne spotkanie „czwórki normandzkiej”, do której należą przywódcy Francji, Niemiec, Ukrainy i Rosji, prawdopodobnie odbędzie się w Berlinie. Nie wiadomo jednak kiedy i czy na pewno do niego dojdzie. Pod koniec sierpnia Władimir Putin oskarżył Kijów o próbę przeprowadzenia zamachów na Krymie i wycofał się z udziału w spotkaniach „czwórki”. Od tamtej pory konflikt w Donbasie się nasilił i jego los pozostaje jedynie w rękach Kremla.

- Format „czwórki normandzkiej” nie jest skuteczny, ponieważ za stołem tym nie siedzą Stany Zjednoczone – mówi „Rz” prof. Siergiej Markow, politolog blisko związany z Kremlem. – Wojna w Donbasie jest agresją USA przeciwko Rosji. Więc o uregulowaniu tego konfliktu powinni rozmawiać Moskwa i Waszyngton.

Co ciekawie, rosyjskiej media państwowe w ostatnim czasie obserwują amerykańskie wybory bardziej niż sytuację na wschodzie Ukrainy. – Moskwa czeka na sprzyjające warunki. Na razie wszystko idzie ku zamrożeniu konfliktu. To nie jest dla nas dobrze, ale to mniejsze zło - dodaje Fesenko.