[i]godz. 17.15, 26 grudnia, piątek, TV Polonia[/i]

Kuchnia jest zwierciadłem czasów, portfela i duszy – tak twierdzą autorki filmu, Katarzyna Kościelak i Joanna Jaworska. I ze świetnym skutkiem to udowadniają. Zapraszają widzów do miejsc i ludzi, dla których jedzenie nie jest tylko kwestią napełnienia żołądka, ale prawdziwej sztuki.

W jednej ze swych restauracji Magda Gessler ustala menu z szefem kuchni. Popijają wino z pięknych kryształowych kieliszków i planują przyjęcie na 400 osób w andaluzyjskim klimacie, „żeby zrozumieli, że jesteśmy częścią Europy, a Europa jest częścią nas”. Zamierzają zaserwować m.in. plastry kaszanki panierowanej w pistacjach, rubinowy barszcz z pasztecikiem z dziczyzną...

Ale początki prywatnych restauratorów nie były łatwe w powojennej Polsce.

– Tuż po wojnie ojciec otrzymał w przydziale lokal w Alejach Ujazdowskich i tam otworzył bar z przysłowiową wódką, ogórkiem i kiełbasą – wspomina Andrzej Blikle, bywalec polskich restauracji. – Wyrobów cukierniczych nie robił, bo nie było na to warunków.

Pierwszy deser pojawił się po roku. Opowiada też o historycznym wyrobie cukierniczym jakim stał się tort generalski przygotowany dla generała de Gaulle’a z okazji jego przyjazdu do Polski w 1967 roku.

– Z tą nazwą był pewien kłopot w czasie stanu wojennego – śmieje się Blikle. Przywołuje też słynny bazar na Polnej, gdzie można było kupić wszystko – o ile miało się odpowiednie fundusze. Kawior sprzedawano w budce z najtańszymi jarzynami. Pięciokilogramowe puszki specjału wyjmowane były ze skrzyni, w której przykrywały go kartofle.

Ale nawet w tych siermiężnych czasach w restauracji Hotelu Bristol serwowano raki na cztery sposoby, choć nie zapomniano w menu umieścić informacji, że „dawanie napiwków uwłacza godności człowieka”.

Na wycieczkę kulinarną alternatywnym szlakiem udają się w filmie Maciej Nowak i Artur Barciś. W staromiejskim, kultowym dla nich barze mlecznym, zachwalają rosół i leniwe. (Definicja urzędowa baru mlecznego z lat 50. XX wieku: „samoobsługowy, bezalkoholowy, ogólnodostępny zakład masowego żywienia prowadzący produkcję i sprzedaż potraw mleczno-nabiałowo-jarskich”). Idą też na Stadion Dziesięciolecia, gdzie w wietnamskiej knajpie smakują tamtejszą specjalność – zupę przypominającą bardzo gęsty rosół, ponoć bardzo dobrze regenerującą organizm po wyczerpujących imprezach.

– Wątróbka z musem malinowym? – zastanawia się Artur Barciś, zaglądając do kolejnej miseczki.

– Owszem, wątróbka, ale w galaretce z krwi – mówi Maciej Nowak przyglądając się pobladłemu kompanowi.

No cóż, wiele się przez ostatnie lata w Polsce zmieniło. Nie ma już obiadów, ale lunche, można zamawiać do woli wódkę bez zakąsek i coraz rzadziej przeżywać dreszczyk podniecenia kupując konserwy. A takie właśnie przeżycia miał Maciej Kuroń, gdy okazyjnie nabył z kolegą kilkanaście konserw z głowizną na wakacyjny wyjazd do Bułgarii. Spożywać można je było jako danie główne, wyłącznie po dodaniu odkażającego czosnku i cebuli, a także innych warzyw zwiększających objętość potrawy.

Z dawnych czasów Maciej Kuroń pamięta także blok ryżowy z formy, gotowany na wywarze z kurzych kadłubków. Ekspedientki zachwalały jego uniwersalność mówiąc, że można położyć go na chleb i jeść na ciepło.

Z tymi fenomenami polskiej kuchni zapoznawali się także zagraniczni przybysze. Na jednym z materiałów archiwalnych z lat 70. widzowie zobaczą w polskim SAM-ie panny Kim i Su z Kambodży, studentki III roku handlu zagranicznego z francuskiej uczelni. Poznawały tajniki naszego handlu, by napisać prace magisterskie na temat europejskiego handlu na Wschodzie i na Zachodzie.

To dopiero egzotyka.