Zwolenników klasycznej operetki (ilu ich się uchowało?) należy uprzedzić, że w łódzkim Teatrze Wielkim nie zobaczą „Barona cygańskiego" takiego, jakim wymyślił go Johann Strauss. Wszystkie numery muzyczne są, realizatorzy dodali nawet kilka walców i polek, ale cała reszta została kompletnie przenicowana.
Klucza do przedstawienia szukać chyba należy u Gombrowicza, którego fascynował „boski idiotyzm" operetki. Czyż „Baron cygański" nie jest tego najlepszym przykładem? Tytułowy bohater odzyskuje włości ojca, odnajduje skarb, dzielnie walczy na wojnie i na dodatek poślubia piękną Cygankę. Ta zaś okazuje się zaginioną księżniczką.
Trudno taką opowieść traktować dziś poważnie. Konina plasuje więc arcydzieło operetkowego gatunku między cyrkiem a kabaretem. Pod cyrkowy namiot przenosi pierwszy akt, do berlińskich teatrzyków z lat 20. XX wieku z ich wyuzdanymi żartami – finał spektaklu.
Gombrowicz pisał również, że operetka to jego zdaniem teatr doskonały. I Konina wykreował teatr totalny. Każdy akt rozgrywa w innej konwencji, pomysł goni pomysł, są klauni, tańczące świnki, genderowi huzarzy w spódniczkach baletnic... Przy tej mnogości scenicznych zdarzeń nie zawsze udaje się utrzymać poziom. Akt pierwszy chwilami budzi zażenowanie, akt trzeci zaskakuje urodą teatralnych rozwiązań.
To jednak nie wszystko. Tomasz Konina nie chce jedynie widzów bawić, bo Austria jest ojczyzną wiedeńskiej operetki, ale i Adolfa Hitlera. A artystów berlińskich kabaretów zmiotła brunatna historia. I o tym też jest łódzki spektakl.