Właśnie odbył gospodarskie tournée po rosyjskim Dalekim Wschodzie, gdzie z pompą otwierał pierwszy zakład skraplania gazu na Sachalinie, obiecywał, że kryzys nie będzie aż tak ciężki, a państwo dopłaci do biletów lotniczych studentom i emerytom. Prezydent rozmawiał z rodakami, pocieszał, odpowiadał na pytania i rozdawał autografy.

A urzędników krytykował.

W piątek w Irkucku na wyjazdowym posiedzeniu państwowej rady zajmującej się wsparciem dla realnego sektora gospodarki Miedwiediew po raz kolejny wypominał im opieszałość, która jest niedopuszczalna w czasach kryzysu. Narzekał, że kredyty są dla przedsiębiorstw niedostępne, a system państwowych gwarancji jeszcze nie wszedł w życie.

– To nie jest problem makroekonomii, to nie konsekwencja trudności w światowym systemie finansowym. To nasza niezdolność do szybkiej i efektywnej pracy – podsumował.

Dmitrij Miedwiediew przybrał ostatnio pozę dobrego cara, który troszczy się o swoich poddanych i ruga nieefektywnych, popełniających błędy urzędników. W zbliżeniu ze społeczeństwem ma mu pomóc seria regularnych wystąpień w telewizji, o których niedawno poinformował Kreml. Sam prezydent też się stara: podczas wizyty w Czycie rozmawiał z mieszkańcami miasta i hojnie rozdawał autografy – jeden zostawił wprost na dłoni małego chłopczyka Dimy.

Media dopatrują się w tych działaniach głębszego sensu, uznając je za początek jego emancypacji i próbę uniezależnienia się od wpływów Władimira Putina. Tym bardziej że PR-owskim zabiegom towarzyszą zmiany gubernatorów, a Kreml opublikował kilka dni temu listę prezydenckich menedżerów, czyli tych, którzy z czasem mają zastąpić na stanowiskach ludzi Putina.

– To naturalna kolej rzeczy, jeśli uwzględnić monarchiczną naturę rosyjskiej władzy – mówi „Rz” politolog Stanisław Biełkowski. – Władza musi się skupiać na Kremlu i Miedwiediew właśnie dokonuje swojego wyjścia z cienia. Jednak zdaniem niektórych to tylko medialna euforia.

– Od maja niewiele się zmieniło w rozdziale władzy w Rosji – uważa politolog Władimir Pribyłowski. – Oczywiście Miedwiediew staje się bardziej widoczny, ale wciąż układ jest taki: każdy jego sukces musi być zaaprobowany przez Putina. Według politologa nie ma też co liczyć na listę rezerw kadrowych: prezydent nie ma nowych ludzi.

– To nie jest świeża krew, ale ludzie, którzy już dzisiaj mają stanowiska, biznes, wpływy – tłumaczy Pribyłowski.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

Biełkowski zwraca jednak uwagę, że sojusze w polityce nie są wieczne. – Weźmy na przykład Stanisława Surkowa (zastępca szefa Administracji Prezydenta, również w czasach Putina, uchodzi za głównego ideologa Kremla – red.). Jeszcze rok temu protestował przeciwko kandydaturze Miedwiediewa, a dziś jest jego stronnikiem – przekonuje. – Jeśli ktoś wczoraj był Putina, to nie znaczy, że dziś nie może być Miedwiediewa.

Pribyłowski nie ma jednak wątpliwości, że to Putin ciągle gra pierwsze skrzypce, a Miedwiediew wprawdzie walczy, ale nie o pierwsze, lecz o drugie miejsce w rosyjskiej polityce. Obecnie, zdaniem Pribyłowskiego, zajmuje je bowiem bliski współpracownik byłego prezydenta Igor Sieczin, niegdyś szef jego administracji, a obecnie wicepremier i szef Rosnieftu.

– Putin i Sieczin osaczyli Miedwiediewa. Nawet jego szefową protokołu jest Marina Jentalcewa, która w latach 90. była osobistą sekretarką Putina w petersburskim merostwie. Długo pracowali razem w trójkę także z Sieczinem – dodaje Pribyłowski.

Także politolog Olga Krysztanowska, która od lat szczegółowo śledzi zmiany w rosyjskich elitach władzy, uważa, że nagła aktywizacja Miedwiediewa to nic więcej niż tylko zaplanowana gra.

– Przecież musi coś robić, nie może siedzieć w kącie i zachowywać się tak, jakby go nie było. Ale nie zrobi nic wbrew Putinowi, to pewne – przekonuje w rozmowie z „Rz”. Jej zdaniem premier pozwoli Miedwiediewowi na własne pięć minut, ale nic ponadto, ponieważ w wyborach 2012 roku Putin zamierza powrócić i zająć prezydencki fotel na wydłużoną sześcioletnią kadencję. – A o tym, by Miedwiediew zerwał się ze smyczy i próbował wykorzystać kryzys do zatopienia premiera Putina, można zapomnieć. Dla Miedwiediewa oznaczałoby to pewną śmierć, bo nie ma swojej ekipy, jest otoczony przez ludzi Putina. Jeśli dojdzie do konfliktu, zniszczą go.