W amfiteatrze w centrum Charlottesville zgromadziło się ponad 10 tysięcy osób. Wielu, by być jak najbliżej Obamy, czekało na wejście nawet przez dziesięć godzin. – W jednych sprawach zgadzamy się z prezydentem, w innych nie – podkreślał Perriello, kreując się na niezależnego polityka. Gdy po nim na mównicę wszedł Obama, długo nie milkły brawa. Studentki zaczęły skakać, a nad głowami zgromadzonych wyrósł las rąk z aparatami fotograficznymi. – Kochamy cię – krzyczały demokratki do prezydenta.
– Ja też was kocham – odpowiedział Obama, po czym zaczął mówić o tym, jak straszna dla Ameryki była poprzednia ekipa rządząca. – Republikanie liczą na to, że zapomnieliście już, kto wprowadził nas w to bagno – grzmiał przywódca USA. I podkreślał, że na wyprowadzenie kraju na prostą demokraci potrzebują więcej czasu.
– To było fantastyczne. Prezydent uświadomił ludziom, jaki bałagan zostawili w kraju republikanie – mówiła mi 50-letnia Kathleen Meyer. – Całym sercem wierzymy, że on wciąż może zmienić nasz kraj – dodała jej córka Kristin. Była niezwykle podekscytowana, bo przed chwilą uścisnęła dłoń prezydenta.
– W tej kampanii słyszeliśmy mnóstwo kłamstw, ale Obama mówi prawdę. Ludzie są źli z powodu stanu gospodarki, ale jeśli teraz wybiorą republikanów, to za dwa lata ich też będą mieli dość – przekonuje mnie Scott Deveaux, wykładowca na Uniwersytecie Wirginii.
Zaproszenie na wiec prezydenta było jednak ryzykowne. Wprawdzie zmobilizował on do głosowania liberalnych studentów oraz Afroamerykanów, ale mógł też jeszcze bardziej zniechęcić do Perriello konserwatywnych wyborców. Ludzi wściekłych na rząd za reformę zdrowia, wysokie bezrobocie i gigantyczny deficyt budżetowy.
– Obama krzywdzi demokratycznych kandydatów, wspierając ich na wiecach w konserwatywnych okręgach – mówi „Rz” Brian Darling z Fundacji Heritage. – Podobnie było w 2006 r., gdy George W. Bush zachęcał wyborców w demokratycznych okręgach do poparcia trzech kandydatów republikanów. Wszyscy przegrali – mówi.