Rząd, który nie chce się odciąć od portalu wzniecającego antypolskie nastroje, stracił właśnie z jego powodu parlamentarną większość.

Gabinet Marka Ruttego korzystał dotąd ze wsparcia antyimigranckiej Partii Wolności Geerta Wildersa, co zapewniało mu głosy 76 posłów w 150-osobowym parlamencie. Populistyczne ugrupowanie opuścił jednak wczoraj poseł Hero Brinkman, który krytykował partię za brak demokracji i stworzenie strony internetowej, na której można składać donosy na imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. Portal uderza głównie w Polaków stanowiących dwie trzecie z 300 tysięcy imigrantów, którzy przyjechali do Holandii od czasu otwarcia tamtejszego rynku pracy.

– Migracja zarobkowa jest legalna. A jeśli ktoś chce złożyć doniesienie o przestępstwie, to niech poinformuje policję – powiedział Brinkman, który sam był policjantem.

Opozycja domaga się przedterminowych wyborów. Mark Rutte nie zamierza jednak słuchać tych apeli. – W sensie politycznym nie ma żadnego problemu – przekonuje szef rządu.

Podobnego zdania są politolodzy. – Rząd raczej się utrzyma. Tak jak wcześniej mamy rząd mniejszościowy, który w  pewnych kwestiach ma umowę z partią Wildersa, a w innych musi szukać poparcia gdzie indziej. Hero Brinkman będzie języczkiem u wagi, ale już zapowiedział, że zamierza dalej popierać rząd – mówi „Rz" dr Jaap Woldendorp z Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie.

Decyzja Brinkman sprawiła, że polityk jest teraz bohaterem dla osób, które krytykowały kontrowersyjny portal. – Stał się medialną gwiazdą. Jest w wiadomościach, na pierwszych stronach głównych gazet i widać, że bardzo mu się to podoba – mówi dr Woldendorp.

Stworzona przez Partię Wolności strona internetowa stała się sporym problemem dla holenderskiego rządu. Holandię skrytykowała Komisja Europejska, a Parlament Europejski zażądał od premiera, aby odciął się od tej inicjatywy. Mark Rutte odmawia. Jego zdaniem portal nie łamie prawa i mieści się w granicach wolności słowa.

Komentatorzy uważają, że premier nie chce potępić swojego sojusznika, aby nie utracić części elektoratu. Geert Wilders, który odszedł w 2006 roku z partii obecnego szefa rządu, zbił kapitał polityczny na antyimigranckich nastrojach, które od kilku lat stają się w Holandii coraz silniejsze.

– Chociaż wielu Holendrów nie pochwala metod Wildersa, to podoba im się, że nazywa problemy po imieniu. A w ich mniemaniu takim problemem jest imigracja. Jego partia ostatnio traciła na popularności, ale kiedy stworzyła portal, jego notowania znowu wzrosły – tłumaczy dr Woldendorp.

Niechęć do imigrantów jeszcze podsyca kryzys. Od lipca Holandia znajduje się w stanie recesji i rząd musi znaleźć 16 miliardów euro oszczędności, aby w przyszłym roku deficyt nie przekroczył 3 procent PKB.

Portal osłabia jednak pozycję Holandii w UE. – Straciliśmy już opinię kraju tolerancyjnego. Środowiska biznesowe słusznie obawiają się, że zła atmosfera wokół Holandii odbije się negatywnie na naszym eksporcie i firmach inwestujących w nowych krajach członkowskich. Rząd będzie miał też problem z załatwieniem kluczowych dla siebie spraw, takich jak zmniejszenie składki do unijnego budżetu – mówi „Rz" dr Patrick Bijsmans z Uniwersytetu w Maastricht.