Księże kardynale, zwracał ksiądz wiele razy uwagę, że najważniejszym problemem Kościoła katolickiego stał się relatywizm. Mówi się coraz częściej, że nie da się stwierdzić, która religia jest prawdziwa. Gdzie widzi ksiądz kardynał przyczyny takiej postawy? W jakim stopniu jest ona niebezpieczna?

KARDYNAŁ JOSEPH RATZINGER:

Jednym z powodów jest z pewnością rozpowszechnienie się światopoglądu pozytywistyczno-technicznego. Sprawdzianem dla techniki są eksperymenty. Metoda eksperymentalna sprawia, że technika staje się czymś godnym zaufania. I tak ta metoda, dzięki której technika odnosi wielkie sukcesy, wydaje się w ogóle jedyną, zdolną gwarantować pewne wyniki. Wszystko, czego tylko nie da się dowieść za pomocą tej metody, wydaje się niepewne. Wynika z tego, że możemy mieć pewność tylko o rzeczach, które w jakiś sposób należą do dziedziny tego, co materialne i techniczne. Wszystko inne byłoby zatem subiektywne, niepewne. Wtedy wiele konkurujących ze sobą religii i filozofii może wydawać się tylko dalekimi odbiciami jednej, w ostatecznym rachunku nie dającej się uchwycić, prawdy. Taki sposób rozumienia jest czymś, co narzuca się człowiekowi w dzisiejszym świecie opanowanym przez metodę naukową i technikę.

Rozmowa z archiwum tygodnika Plus Minus, z 10 lipca 1999 roku

Dochodzi do tego jeszcze przeświadczenie, że wiara w istnienie prawdy czyni nietolerancyjnym. Jeśli ktoś wierzy, że poznał prawdę i chce jej bronić, to jest on - tak się mówi - nietolerancyjny wobec innych prawd. Zgodnie z takim rozumieniem, chrześcijańska wiara w prawdę objawienia jest właściwie antydemokratyczna. Wydaje się, że czyni ona tolerancję czymś niemożliwym. Ten, kto chce być demokratą, musiałby zatem przyjmować, że wszelkie poznanie jest relatywne. Tak więc myśl o istnieniu obiektywnej prawdy staje się czymś podejrzanym i nie do przyjęcia z tych dwóch powodów: z jednej strony wynika to z przyjęcia metody naukowej i naszego życia ukształtowanego przez technikę, z drugiej z naszego pojęcia tolerancji.

Niebezpieczeństwo relatywizmu polega na tym, że wydaje się on tak jasny i tak bliski dzisiejszym ludziom. Jednak jego przyjęcie oznacza, że odpowiedzi na wszystkie wielkie pytania ludzkiego bytu - pytanie o sens życia, o śmierć, o Boga, a także kwestie etyczne - stają się czymś arbitralnym i dowolnym. A gdy odpowiedzi na wielkie pytania etyki są czymś dowolnym, gdy te pytania nie znajdują żadnej wspólnej odpowiedzi, człowiek znajduje się w niebezpieczeństwie. W tej mierze relatywizm zagraża nie tylko naszej wierze, która staje się tylko jedną odmianą wśród wielu światopoglądów, ale także moralnej więzi łączącej ludzkość.

Chcielibyśmy pogłębić to pytanie. Można dziś często usłyszeć, niekiedy twierdzą tak nawet niektórzy biskupi katoliccy, że wszystkie wielkie religie są prawdziwe, a religia chrześcijańska stanowi tylko najkrótszą drogę do Boga. Co sądzi ksiądz kardynał o takiej postawie?

W żadnym razie nie można powiedzieć, że wszystkie religie są prawdziwe. Raczej: we wszystkich religiach, albo w większości religii są - obok aspektów błędnych i wątpliwych - elementy prawdy. W tej mierze religie nie tylko w jakiś sposób zbiegają się ze sobą, ale też niosą w sobie wewnętrzną dynamikę ku wierze chrześcijańskiej. Powtórzę: religie nie są ani zupełnie prawdziwe, ani zupełnie fałszywe; znajdują się w nich, w bardzo różnym stopniu, tak elementy prawdy, jak i fałszu. Bowiem religie pochodzą w części z naturalnego objawienia. Człowiek nie stał się przecież zupełnie ślepy na Boga; jako katolicy nie uważamy, że grzech pierworodny spowodował całkowitą ślepotę i absolutne zniszczenie. Wciąż jeszcze Bóg mówi w człowieku. Tak więc w religiach możemy odnaleźć to pierwotne odsłonięcie się Boga, chociaż jest ono w różny sposób zaciemnione. W tym sensie zatem, uważam, nie wolno traktować religii jako po prostu zamkniętych w sobie istot, ale trzeba na nie patrzeć jako na realności dynamiczne. To znaczy z jednej strony, że pochodzą one od Stwórcy, ale z drugiej strony - czekają na pełniejsze objawienie. Widzimy, że przez zniekształcenia, pochodzące z grzechu, odbija się w religiach w pewien sposób prawda Stwórcy. Ale też one same wskazują, że są czymś niewystarczającym i ukrywają w sobie oczekiwanie na Zbawiciela, które ostatecznie jest oczekiwaniem na Chrystusa.

Księże kardynale, ksiądz mówi teraz o różnych religiach w sposób abstrakcyjny. Czy jednak mógłby nam ksiądz kardynał pokazać dokładniej, jak to rozróżnienie elementów prawdziwych i błędnych ma wyglądać? Weźmy na przykład hinduizm lub buddyzm, które to religie stały się popularne na Zachodzie, także w Polsce.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Dobrze, weźmy na przykład pod uwagę hinduizm, który stanowi zbiorczą nazwę dla różnych religii. Znajdziemy tam między innymi naukę o awatarach, o zstąpieniach Boga. W mitach krysznaickich znajdziemy całkiem zdumiewające przygotowanie do tajemnicy Chrystusa. Pozwala to rozpoznać w nich pragnienie, tęsknotę, przeczucie Chrystusa. Pozostają one jednak tylko marzeniem. Marzeniem, które nie znalazło jeszcze swego wypełnienia. Tak więc można, sądzę, bardzo dobrze zobaczyć, do jakiego stopnia właśnie w tej myśli o awatarach znajduje się niebezpieczeństwo: człowiek nie chce już Chrystusa i czyni z niego kolejny awatar, jedną z wielu epifanii boskości. A więc z jednej strony nadzieja, tęsknota i droga, z drugiej - niebezpieczeństwo. Albo przyjrzyjmy się zjawisku bhakti, idei miłości, która ma ważne miejsce w znaczących prądach hinduizmu. Hinduiści zbliżają się tu do chrześcijańskiego przykazania miłości, mogą jednak też ulec pokusie, wyobrażeniu, że nie potrzebują już Chrystusa. Albo niech panowie - w przypadku buddyzmu - zwrócą uwagę na pragnienie przezwyciężenia granic własnego ja, na pragnienie zjednoczenia się z podstawą świata, a więc na tendencję, za sprawą której człowiek zostaje wyprowadzony z tego, co czysto empiryczne. To tu budzi się w nim tęsknota za zetknięciem się z Bogiem. Jednocześnie może tu zniknąć oblicze Boga osobowego. Ba, z powodu buddyzmu człowiek może bronić się przed Bogiem osobowym, tak jakby wiara w niego była antropomorfizmem, a więc wartością przedostateczną. Tak więc droga do Chrystusa może się tu albo otworzyć, albo zamknąć. W mahayanie znajdujemy etykę współczucia, w której znowu możemy odnaleźć elementy prowadzące do Chrystusa. Tak więc, gdy dokładniej wejrzymy w istotę religii, zobaczymy coś podwójnego: zranienie przez grzech, brak, ale także to, co pozytywne - tęsknotę, bycie w drodze, w pewien sposób jakby przedwiedzę o tajemnicy Chrystusa.

W książkach niektórych teologów katolickich można dziś przeczytać, że powinniśmy się w większym stopniu zainteresować ideą reinkarnacji, gdyż stanowi ona nową nadzieję. Czy katolikowi wolno wierzyć w reinkarnację?

Odpowiedź brzmi: nie. Naturalnie, w nauce o reinkarnacji znajdują się pozytywne tęsknoty. Z jednej strony, jest to model służący wyjaśnieniu moralnego charakteru świata, pewien rodzaj teodycei. Wszelkie cierpienie, wszystko, co wydaje się być niesprawiedliwe, pochodzi z wcześniejszego egzystowania, nikt zatem nie cierpi niesłusznie. Zgodnie z ideą reinkarnacji, wszystko ma swą przyczynę we wcześniejszych istnieniach. Wszystko to jest całkiem zrozumiałe, ostatecznie jednak myśl o reinkarnacji odbiera życiu ludzkiemu jego powagę. Wtedy można sobie powiedzieć: w życiu mi się nie powiodło, ryzykuję jeszcze drugie, bardziej nieprzyjemne życie, ale potem zacznę jeszcze raz, itd. Właściwa powaga decyzji, wielkość egzystencji ludzkiej znika tu. Sam przecież nie wiem, kontynuację jakiej egzystencji stanowię. To nielogiczne. I nie da się tego pogodzić z osobową relacją między Bogiem a człowiekiem, z wielkością ludzkiej duszy. Jest w tym, jak powiedziałem, pokusa, by wybrać to, co łatwe.

Niekiedy można usłyszeć twierdzenie, że źródłem tych problemów, dotyczących stosunku do innych religii, jest sam Sobór Watykański II i niejasne sformułowania niektórych jego dokumentów.

Sobór sam w sobie, autentyczny sobór, jest wielką pozytywną siłą. Istnieją jednak fatalne uproszczenia, w których wielkie dokonania soboru zostają zbanalizowane, a następnie zafałszowane i przekształcone w hasła. Ta banalizacja soboru stała się wielkim niebezpieczeństwem dla Kościoła. Dlatego jest czymś bardzo ważnym, aby nie trzymać się haseł, lecz powrócić do całości soboru, rozumieć go, wychodząc od jego własnej głębi.

Problemem Kościoła jest zmiana świadomości moralnej wielu społeczeństw zachodnich. Akceptując te przemiany, niektóre wspólnoty protestanckie odrzuciły nakazy chrześcijańskiej moralności i tradycji. Jak możliwy jest dialog ekumeniczny z Kościołami, które zaakceptowały rozwody, sztuczną antykoncepcję, z Kościołami, które wyświęcają kobiety? Więcej jeszcze. W wielu gminach protestanckich na Zachodzie - w Szwecji, północnych Niemczech czy Norwegii - akceptuje się nawet małżeństwa homoseksualne. W niektórych parafiach szwedzkich i norweskich pracują - jest to rzecz publicznie znana - aktywnie homoseksualni pastorzy i pastorki lesbijki. Jak w ogóle możliwy jest dialog z przedstawicielami takich wspólnot?

Tak, to rzeczywiście tragiczna sytuacja, że niektóre Kościoły protestanckie wpadły w tę ślepą uliczkę. Widzimy, jak konieczny jest Urząd Nauczycielski. Trzeba tu jednak dodać, że te rzeczy nigdzie nie zostały wprowadzone bez oporu, chociaż zaaprobowały je kierownictwa Kościołów. Wywołało to przecież silną reakcję u wiernych i niektórych teologów. Widzimy teraz, jak młode Kościoły z Afryki w Światowej Radzie Kościołów przeciwstawiają się tym rzeczom. W Niemczech np. jest ruch pietystyczny, który się przeciwstawia tym rzeczom. Są także wielcy teologowie, jak np. Pannenberg, którzy zdecydowanie bronią się przed tymi tendencjami. Sądzę, że dialog ekumeniczny musi teraz polegać na tym, że będziemy wzmacniali te siły w Kościołach ewangelickich, które nie chcą zaakceptować naruszenia tradycji. Takie siły istnieją, częściowo nie mogą jednak przebić się przez kościelne struktury władzy. Tacy ludzie cierpią i spoglądają na Kościół katolicki jako na nadzieję dla siebie.

W tym sensie, sądzę, ważny jest - właśnie w tej krytycznej sytuacji - szczególny rodzaj ekumenicznej uwagi, dzięki której udzielimy wsparcia siłom wiary, a jednocześnie postawimy pozostałych wobec pytania o wiarę. W ten sposób zapewnimy skuteczność Ewangelii, wielkiej chrześcijańskiej tradycji.

W swej książce "Sól ziemi" ksiądz kardynał napisał, że być może w przyszłości chrześcijanie będą stanowić tylko małą część całego społeczeństwa. Powstaje zatem pytanie: w jaki sposób taka mniejszość może mieć właściwie wpływ na życie publiczne? W jaki sposób mogą chrześcijanie bronić prawa naturalnego w systemie demokratycznym? W jaki sposób mogą oni zagwarantować prawny zakaz aborcji czy eutanazji, skoro społeczeństwo staje się coraz bardziej zlaicyzowane?

Naturalnie, nie chciałem powiedzieć, że chrześcijanie mają, by tak to ująć, schować się do jakiejś niszy i pozostawić pozostałych ich własnemu losowi. Chrześcijaństwo od samego początku było siłą publiczną i było jako publiczna siła skuteczne, także wtedy gdy chrześcijan było jeszcze niewielu, mianowicie w czasach Nerona. Chociaż chrześcijanie bardzo długo stanowili mniejszość, to powoli, będąc solą ziemi, przemieniali społeczeństwo.

Dzisiaj doświadczamy z jednej strony, że w dawniej chrześcijańskich krajach rozszerza się pogaństwo. W części Niemiec większość społeczeństwa to ludzie nie ochrzczeni, jak w byłych komunistycznych Niemczech. Podobną sytuację widzimy także we Francji. Nie może nas to jednak doprowadzić do rezygnacji. W tym większym stopniu musimy opierać się na prawdzie i duchowej sile wiary katolickiej. Stajemy się w wielu krajach mniejszością, ale naszym zadaniem jest troska o całość: musimy zahamować upadek człowieka, przez nasz przykład i musimy, za pomocą argumentów, skutecznie oddziaływać na społeczeństwo. Walka, jaką Ojciec Święty prowadzi przeciw aborcji, eutanazji, przeciw różnorodnym naruszeniom praw człowieka, dotyczy wszystkich. Chrześcijanie ponoszą odpowiedzialność za to, by świat nie wypadł z ręki Boga, by zachowane zostały przynajmniej wielkie wartości moralne. Jeśli dojdzie do tego siła przykładu, żywa siła prawdziwej wiary, to wolno nam mieć nadzieję na nawrócenie świata.

Rozmawiali: Grzegorz Górny, Paweł Lisicki i Rafał Smoczyński