Reklama

Kompleks środkowoeuropejski

Grupa Wyszehradzka nie była - i nadal nie jest - strukturą reprezentującą interesy całego regionu. Konflikt na Ukrainie tylko to uwypuklił – mówi Jarosławowi Gizińskiemu słowacki polityk Rudolf Chmel

Publikacja: 26.01.2015 16:45

Kompleks środkowoeuropejski

Foto: materiały prasowe

Zawsze był pan orędownikiem regionalnej współpracy w Europie Środkowej. Czy po upływie ćwierćwiecza od czasu, gdy zaczęto tworzyć zręby późniejszej Grupy Wyszehradzkiej ocenia pan tę współpracę tak samo jak wówczas?

Rudolf Chmel: W ostatnim półwieczu idea Europy Środkowej miała kilka faz. Pierwsza trwała do 1989 r., kiedy była domeną intelektualistów chcących pokazać, że tak naprawdę my nie należymy do strefy sowieckiej i starających się utrzymać związki z Zachodem. Po roku 1989 idea ta zyskała bardziej pragmatyczny wymiar, czego wynikiem było w 1991 r. założenie Grupy Wyszehradzkiej i to wtedy właśnie Polska, Czechosłowacja i Węgry wspólnie postanowiły dążyć do integracji z zachodnimi strukturami politycznymi, ekonomicznymi i wojskowymi. Wtedy też intelektualistów-idealistów zaczęli zastępować polityczni pragmatycy podejmujący już konkretne kroki na rzecz integracji z Zachodem. I także wtedy okazało się, że nie wszystkie nasze państwa podchodzą do tej sprawy jednakowo.

Myśli pan, że pęknięcia pomiędzy państwami „wyszehradzkimi" ujawniły się już wówczas

Powiem więcej: wyszły na jaw narodowe egoizmy. Nie mówię tego tylko dlatego, że rozmawiamy w Polsce, ale uważam, że najbardziej do współdziałania dążyli wtedy Polacy, a najwięcej swoistego egoizmu prezentowali Węgrzy. Politycy z ówczesnej Czechosłowacji wykazywali najwięcej ambiwalencji, ale pamiętajmy, że państwo czechosłowackie zaczęło się właśnie rozpadać i pojawiły się tendencje nacjonalistyczne - zwłaszcza na Słowacji, ale nie tylko.

A może Węgrzy i Czesi uważali się już za trochę lepszych od Polaków i Słowaków. Vaclav Klaus mówił przecież w tamtym czasie, że nie jest entuzjastą współpracy regionalnej, bo ona wręcz „konserwuje zacofanie".

Myślę, że chodziło też o to, że partnerzy z południa postrzegali Polskę jako kraj nie do końca środkowoeuropejski - pamiętajmy, że prezydent Lech Wałęsa proponował np. rozszerzenie współpracy także na kraje bałtyckie. Jednocześnie myślę, że to właśnie Polska w największym stopniu przyczyniła się do uratowania idei wyszehradzkiej w kilku okresach, gdy była ona zagrożona. Było tak w czasie rządów Vladimira Mecziara na Słowacji, kiedy nikt cywilizowany nie chciał z nami rozmawiać, a regionalna współpraca stała się wręcz dysfunkcjonalna. Było tak też, gdy w Czechach premierem został Vaclav Klaus głoszący otwarcie, że Wyszehrad to „puste słowo bez treści". Na dodatek własne spory ciągle toczyli Węgrzy i Słowacy - a to o tamę Gabczikowo-Nagymaros na Dunaju, a to o kwestie mniejszości narodowych. To właśnie Polska pomogła w przełamaniu tych wszystkich przeciwności, więc trudno się dziwić, że czasem stała się elementem dominującym w układance czterech państw.

Rzeczywiście Grupie V4 udało się pokonać dolegliwości wieku dorastania, jednak jej odporność jako spójnej struktury znów zostaje wystawiona na próbę. W reakcji na kryzys ukraiński i działania Rosji nie widać regionalnej solidarności i jednomyślności. Może po prostu Wyszehrad nie zdaje historycznego egzaminu?

Powiedzmy szczerze - od samego początku ten nasz „regionalny klub" nie miał wagi instytucjonalnej, a co za tym idzie geopolitycznej. Poza tym istniały rozbieżne ambicje przytłumione przez jakiś czas wspólnymi staraniami o wejście do UE i NATO. To prawda, że Słowacy na wejście do Unii musieli poczekać, ale to z winy własnych, niedemokratycznych rządów Mecziara, jednak do NATO wstępowaliśmy już razem. Od początku jednak Grupa Wyszehradzka nie do końca była - i nadal nie jest - strukturą konsekwentnie reprezentującą interesy pewnej przestrzeni geopolitycznej. Konflikt na Ukrainie tylko to uwypuklił. Najbardziej konsekwentną postawę prezentuje Polska, a Czesi, Słowacy i Węgrzy znów kluczą.

To wynik odmiennych interesów?

Reklama
Reklama

Oczywiście każdy uzasadnia to swoimi pragmatycznymi racjami, choćby w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego, ale na stosunek do Rosji wyraźnie wpływają także przyczyny historyczne. I znów Polska w tym względzie reprezentuje jednoznaczne stanowisko, podczas gdy pozostałe państwa regionu mają ze swoją historią problem. Wydawałoby się, że takim memento i granicą poza którą nie wolno się posunąć powinien być dla Czechów i Słowaków rok 1968, ale chyba tak nie jest. Rząd w Pradze zdaje się przyjmować ambiwalentną postawę, a bon moty prezydenta Miloša Zemana wręcz muszą wprawiać w zakłopotanie, podobnie jak wcześniej opinie Klausa. To samo jest z Węgrami. Jak więc widać wspólnej linii w polityce zagranicznej nie mamy.

Nam właśnie to wydaje się dziwne: przecież Czesi i Słowacy powinni dobrze pamiętać rok 1968, a Węgrzy 1956...

...a nawet 1849 [carskie wojska generała Iwana Paskiewicza zadały wtedy ostateczny cios powstaniu Wiosny Ludów - przyp. red.]

Czy zatem ten przywoływany wciąż pragmatyzm polityczny zabił pamięć historyczną? To dość dziwne, gdy premier Robert Fico mówi, że na Słowacji amerykańscy żołnierze kojarzyliby mu się z Sowietami w 1968 r.

To rzeczywiście niepojęte. Sam nie potrafię tego wytłumaczyć, a wypowiedzi takie przypisuję co najwyżej jakiejś fobii premiera. Absurd porównywania wojsk NATO - do którego przecież sama Słowacja wstąpiła z własnej woli - z sowiecką armią okupacyjną jest tak oczywisty, że nawet nie chcę tego analizować.

A może Fico, który jak większość polityków odwołuje się do populizmu, mówi to, co ludzie chcą słyszeć?

Reklama
Reklama

To prawda. Zdarzyło się to przecież nie po raz pierwszy. Kilka lat temu ta sama fobia towarzyszyła planom rozmieszczenia NATO-wskich radarów w Europie Środkowej. Nawet w Czechach, które rok 1968 doświadczyły jeszcze ciężej niż Słowacja udało się wbić ludziom w głowy propagandową kliszę, że żołnierz NATO to jakiś „imperialistyczny napastnik". Być może po prostu mentalnie nie jesteśmy jeszcze całkiem na Zachodzie i wciąż tkwią w nas wschodnioeuropejskie atawizmy przechowane choćby jeszcze z XIX-wiecznej rusofilii. Była ona bardzo silna na Słowacji w epoce romantyzmu, ale nie była obca także Czechom.

Wydany właśnie w Polsce tom swoich esejów zatytułował pan „Kompleks słowacki". Być może powinniśmy jednak mówić o szerszym kompleksie środkowoeuropejskim - także polskim, czeskim czy węgierskim kompleksie „gorszej Europy".

Ten kompleks słowacki jest trochę specyficzny, bowiem Słowacy pod względem państwowym i politycznym są „młodsi" niż Polacy, Czesi czy Węgrzy. Jest jednak niewątpliwą prawdą, że wszystkie nasze narody wyhodowały sobie własne kompleksy. U Polaków wynika to z ich umiejscowienia pomiędzy Niemcami a Rosją i z oskarżeń o antysemityzm. U Węgrów wynika on z „odwiecznego" podziału na obóz postępowo-liberalny i narodowo-konserwatywny. Na dodatek Węgrzy od prawie stulecia nie potrafią sobie poradzić z historyczną traumą po Trianon [układ paryski z 1920 r. na mocy którego Węgry utraciły 2/3 historycznego obszaru - przyp. red.], zaś obecnie mają problem autorytarnych rządów Viktora Orbána, które nie bardzo wpisują się w zachodnioeuropejską kulturę polityczną. Z kolei Czesi mają swój stary kompleks niemiecki, który po 1989 r. objawił się nawrotem fali nacjonalizmu, a dał o sobie znać nawet w czasie ostatnich wyborów prezydenckich. Zeman wypominał Karelowi Schwarzenbergowi jego niemiecko-austriackie korzenie czy słabo mówiącą po czesku żonę i w końcu to przyczyniło się do wygranej.

A gdzie dostrzega pan kompleksy swoich własnych rodaków?

Słowacy mają swój kompleks czeski - nawet mimo tego, że rozwód obu narodów okazał się dość łagodny. Jednak najtwardszy, najbardziej konfrontacyjny jest węgierski kompleks Słowaków. Pamiętajmy, że na Słowacji żyje półmilionowa mniejszość węgierska, która na szczęście uniknęła losu Niemców z Czech czy Polski, nawet jeśli jej los w pierwszych latach po wojnie nie był łatwy. Węgrzy upominają się o swoje prawa, a Słowacy, którzy znaleźli się w sytuacji narodu dominującego mają problemy ze zrozumieniem tego.

Jest pan działaczem i posłem do parlamentu partii Most-Híd, która jest ciekawym eksperymentem jako ugrupowanie łączące Słowaków i Węgrów słowackich. Na ile udaje się w ten sposób przełamać ów kompleks, o którym pan mówił?

Reklama
Reklama

Kiedy z Bélą Bugárem zakładaliśmy naszą partię w roku 2009 politolodzy i analitycy uznali to za przełomowy eksperyment w naszej, dość nacjonalistycznej Europie, który może stać się przykładem dla innych. Chyba nam się udało, skoro w wyborach rok później uzyskaliśmy 8 proc. głosów, mimo iż musieliśmy z jednej strony konkurować z bardziej nacjonalistycznie nastawioną partią mniejszości węgierskiej, zaś z drugiej – „kartę węgierską" wyciągnął późniejszy premier, szef partii Smer Robert Fico. Uznał on wtedy, że problem mniejszości jest jakoby „najważniejszym problemem wyborów", co było oczywistą próbą grania na nacjonalizmie. Co ciekawe po kolejnych dwóch latach w kampanii wyborczej przed wyborami przedterminowymi nawet o tym nie wspomniał.

Dlaczego?

Bo sondaże wskazały, że w oczach zwykłych Słowaków sprawa mniejszości węgierskiej znalazła się na 16. miejscu wśród wymienianych przez nich 17 głównych problemów państwa! My znów uzyskaliśmy 7,5 proc. głosów. Karta narodowa przestała odgrywać taką rolę jak jeszcze kilka lat wcześniej, choć oczywiście nacjonalizm nie zniknął. Specyfiką słowacką jest choćby to, że nuty nacjonalistyczne słychać nawet w partii socjaldemokratycznej, jaką chce być Smer. Być może jest w tym pewna doza cynizmu, bowiem jak mi kiedyś powiedział pewien wysoko postawiony działacz Smeru, oni chcieliby po prostu zniszczyć partię narodowców odbierając im wyborców. Innym problemem - zarówno społecznym, jak i etnicznym, który ma u nas wymiar polityczny – jest nierozwiązana wciąż kwestia romska. Na niej kapitał polityczny chce zbić skrajna prawica.

Problemy, o których rozmawiamy mają głównie korzenie historyczne. Czy sądzi pan, że wraz z postępem cywilizacyjnym i rozwojem ekonomicznym owe kompleksy zejdą na dalszy plan? W końcu Słowacja w ostatnich dekadach poczyniła duże postępy.

To prawda, jednak trzeba pamiętać, że dobre wskaźniki ekonomiczne nie zaraz i nie wszędzie przekładają się na wyraźną poprawę warunków życia, a tym bardziej na zmianę poglądów. Na zachodzie Słowacji, a zwłaszcza w rejonie Bratysławy postęp jest widoczny gołym okiem, jednak jadąc dalej na wschód równie łatwo można wciąż zauważyć problemy: gorszą infrastrukturę, mniej inwestycji i niższy standard życia. Zdarza się, że osiedla romskie przywodzą na myśl bardziej Afrykę subsaharyjską niż Europę. Wciąż wielu ludzi żyje u nas w warunkach odbiegających od ich wyobrażeń o dostatku. Może dlatego tak łatwo wielu polityków eksploatuje upiększane przez pamięć miraże dobrego życia w epoce socjalizmu. Innym problemem, który mnie niepokoi w naszym życiu politycznym jest oligarchizacja polityki. Myślę, że można wręcz mówić o „parcelacji" partii politycznych.

Reklama
Reklama

Czy wybór Andreja Kiski na prezydenta Słowacji można uznać za rodzaj protestu przeciwko nadużyciom establishmentu?

Zapewne była to istotna motywacja wyborców, którzy sięgnęli po człowieka spoza układów uważając, że polityka „partyjniacka" jest skorumpowana. A korupcja polityczna to nic innego jak właśnie konsekwencja wspomnianej wcześniej oligarchizacji życia politycznego. Wprawdzie w naszych warunkach prezydent ma dość ograniczone kompetencje, niemniej może przynajmniej patrzeć na ręce politykom i kontrolować ich poczynania. Nie jest to wiele, ale może im przeszkodzić w bezkarnym popełnianiu najbardziej nieprzyzwoitych świństw.

Rudolf Chmel jest słowackim politykiem, współprzewodniczącym partii w przeszłości był ministrem kultury i wicepremierem ds. praw człowieka i mniejszości, współprzewodniczącym Most-Híd, zrzeszającej Słowaków i słowackich Węgrów

Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1433
Świat
„Rzecz w tym”: Polityka siły. Trump zmienia globalne reguły gry
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1432
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1431
Świat
To koniec Europy jaką znamy, pożegnajmy USA. Chiny niszczą stary ład
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama