Na Łotwie wciąż trwa wyładunek ponad 750 czołgów, pojazdów wojskowych oraz innego sprzętu wojskowego. Armie trzech państw bałtyckich zaplanowały trzymiesięczne manewry. Amerykańscy żołnierze przybędą w przyszłym tygodniu. Po zakończeniu manewrów amerykański sprzęt pozostanie w magazynach wojskowych. – Tak długo, jak będzie potrzeba, aby powstrzymać rosyjską agresję – zapowiada gen. John O'Connor.
W państwach bałtyckich szczególnie głośnym echem odbiły się słowa prezydenta Władimira Putina, który we wrześniu ubiegłego roku zapewniał, że rosyjskie wojska w dwa dni mogą dotrzeć do Tallina, Rygi i Wilna. Do Warszawy zresztą też. Łotwa i Litwa potraktowały je tak poważnie, że przywracają obowiązkowy pobór do wojska. W Estonii istnieje on od dawna.
– Jeżeli Putin ma plany inwazji poza Ukrainą, to na pierwszy ogień pójdzie Mołdawia – przekonuje „Rz" Andres Kasekamp, estoński politolog. Jego zdaniem nie widać żadnych oznak próby destabilizacji w państwach bałtyckich. Okazja była chociażby niedawno w Estonii przy okazji wyborów parlamentarnych. Przebiegły bez incydentów i prorosyjska Partia Centrum zajęła w nich – tak jak poprzednio – drugie miejsce.
Amerykańska obecność wojskowa w państwach bałtyckich jest nie tylko ostrzeżeniem pod adresem Moskwy, ale i wyrazem zdecydowania administracji Obamy. Opiera się ona wprawdzie żądaniom dostaw broni dla armii ukraińskiej, ale nie znaczy to, iż nie jest zdecydowana powstrzymać Putina. – To nic innego jak substytut dozbrojenia Ukrainy – przekonuje Kasekamp.
Amerykańskie czołgi pozostaną w krajach bałtyckich „tak długo, jak będzie trzeba"