"Złamana strzała” – historia zgubionych atomówek

Opowieść o wypadkach nuklearnych w lotnictwie USA nie zawiera akcji szpiegowskich ani scen batalistycznych. To historia ludzkich błędów i pomyłek.

Publikacja: 09.12.2021 15:22

Marynarka Wojenna USA przez 11 tygodni szukała w morzu bomby zgubionej po katastrofie lotniczej z 17

Marynarka Wojenna USA przez 11 tygodni szukała w morzu bomby zgubionej po katastrofie lotniczej z 17 stycznia 1966 r. u wybrzeży Hiszpanii

Foto: ALAMY/BE&W

Związek Radziecki i USA dysponowały arsenałem mogącym unicestwić ludzkość. To, że nie doszło do wybuchu wojny, zawdzięczamy świadomości obu stron, że przeciwnik dokona uderzenia odwetowego. Jednak świadomość, że nad naszymi głowami transportowane są bomby jądrowe (nawet własnej armii), może być przerażająca. Zwłaszcza że od 1950 roku w amerykańskich Siłach Powietrznych doszło do 32 wypadków związanych z bronią nuklearną. W Stanach określane są kryptonimem Broken Arrow („złamana strzała").

W lutym 1950 roku załoga B-36 w czasie ćwiczebnej misji, lecąc z Alaski do Teksasu, straciła trzy silniki. Postępujące oblodzenie maszyny zmusiło załogę do pozbycia się ładunku nad Pacyfikiem. Błysk, wybuch – na szczęście konwencjonalny, bo tak jak misja ładunek być ćwiczebny.

Dwa miesiące później znana jeszcze z II wojny światowej superforteca B-29 roztrzaskała się w górach. W lipcu kolejny samolot po prostu spadł z błękitnego nieba i rozbił się w Ohio, grzebiąc 16 lotników.

Czytaj więcej

Jak Amerykanie przekazali bombę atomową Stalinowi

Wybuch wojny w Korei skłonił szefa połączonych sztabów do wysłania na Guam B-29 zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej jako środka odstraszania. Załadowano bomby Mark 4, lecz bez materiału rozszczepialnego, który miał zostać wysłany oddzielnym samolotem. Na pokładzie byli także pasażerowie, wśród nich generał Travis, weteran II wojny światowej, który sam odbył 35 misji bojowych nad Rzeszą. Podczas startu doszło do awarii dwóch silników i podwozia. Przymusowe lądowanie skończyło się katastrofą. Wszyscy znajdujący się w tylnej części samolotu zginęli, ale ośmiu osobom z przodu, w tym Travisowi, udało się opuścić maszynę. 20 minut po katastrofie, gdy na miejscu zjawiła się obsługa naziemna, maszyna zapaliła się i wybuchła. Życie straciło 19 osób z załogi, w tym generał Travis, oraz siedem spośród tych, którzy przybyli na pomoc.

Przyczyny wypadków

W latach 50. ryzyko wybuchu nuklearnego lub skażenia w wyniku wypadku było niewielkie, ponieważ do detonacji ładunku jądrowego używany był konwencjonalny, a rzadko oba ładunki były zmontowane w gotową do działania bombę. Nawet eksplozja konwencjonalnego ładunku obok nuklearnego nie mogła zainicjować eksplozji tego drugiego.

Powodów katastrof było wiele: poślizg na mokrym pasie, zderzenie z górą, pożar w czasie startu bądź awaria silnika. Były też takie, w których nie wiadomo, dlaczego samolot spadł. Przez pięć lat opatrzność czuwała nad lotnictwem USA, bo żaden poważny wypadek nie wydarzył się w tym czasie. Limit szczęścia wyczerpał się w marcu 1956 roku.

Nad Morzem Śródziemnym doszło do najbardziej tajemniczego wypadku. B-47 Stratojet wystartował z bazy MacDill na Florydzie, zmierzając do Maroka. Zdążając na drugie spotkanie z tankowcem, bombowiec wszedł w chmury. Do spotkania nie doszło. Bombowiec zniknął. Francuskie źródła straciły echo samolotu z radarów w okolicach Oranu, a wysłane okręty nie odnalazły szczątków maszyny lub załogi. Ani żadnego w dwóch ładunków nuklearnych...

Trzy miesiące później B-47 rozbił się o bunkier z ładunkami nuklearnymi w Suffolk w Wielkiej Brytanii. Cała załoga zginęła. W magazynie znajdowały się trzy bomby. Cudem żadna z nich nie wybuchła.

Czytaj więcej

Dan Carlin. Bomba atomowa na Berlin?

22 maja 1957 roku podczas lądowania w bazie Kirtland 10-megatonowa bomba typu 17 sama wypięła się z mocowań i wypadła, wyrywając wrota ładowni nad Albuquerque w Nowym Meksyku. Mechanizm zrzutowy miał usunięty sworzeń bezpieczeństwa. Wedle władz blokada była zdejmowana standardowo podczas startu i lądowania, by umożliwić załodze awaryjne pozbycie się ładunku. Inna wersja podaje, że członek załogi znajdujący się w ładowni podczas turbulencji złapał się dźwigni zrzutu. Wybuch konwencjonalnego ładunku wyrwał krater o głębokości 4 i średnicy 8 metrów na terenie uniwersytetu. Gdyby detonował ładunek jądrowy, zmiótłby z powierzchni ziemi Nowy Meksyk. Jedyną ofiarą śmiertelną była krowa.

Niewiele później transportowiec C-124 nad Wschodnim Wybrzeżem doznał awarii dwóch silników i pozbył się do oceanu dwóch z trzech bomb, których nigdy nie odnaleziono.

W październiku w trakcie startu B-47 jedna z opon eksplodowała i maszyna rozbiła się za krawędzią pasa. Samolot miał na pokładzie jedną bombę i i jedną kapsułę z materiałem rozszczepialnym w kabinie załogi.

Groźne promieniowanie

Pierwszych dziesięć wypadków nie spowodowało zagrożenia promieniotwórczego To jednak zmieniło się w 1958 roku. Pod koniec stycznia B-47 w czasie symulowanego alarmu startował z bojową konfiguracją głowic. W wyniku awarii podwozia ogon maszyny uderzył o pas. I zapaliło się paliwo. Przybyli strażacy wycofali się z powodu zagrożenia wybuchem, który jednak nie nastąpił. Po ugaszeniu ognia okazało się, że doszło do skażenia wraku, pasa startowego i strażaków. Po zdarzeniu zerwano asfalt z pasa oraz zawieszono loty wszystkich B-47 i zlecono skontrolowanie podwozia maszyn w poszukiwaniu wad.

W lutym 1958 roku bombowiec B-47 zderzył się z myśliwcem F-86. Załoga B-47 utrzymała kontrolę nad maszyną. By uniknąć wybuchu w bazie lotniczej, przy awaryjnym lądowaniu dostali zgodę na pozbycie się ładunku nuklearnego nad zatoką Wassau Sound. Poszukiwania prowadzone do kwietnia nie dały rezultatu. Broń uznano za zaginioną.

11 marca B-47 wystartował z bazy Hunter w ćwiczebną misję do Wielkiej Brytanii, a potem północnej Afryki. Kapitanowi zapaliła się kontrolka wskazująca niezabezpieczoną bombę. Bombardier poszedł do ładowni, by to sprawdzić. Tam zamiast dźwigni zabezpieczającej zwolnił blokadę i bomba wypadła z ładowni niedaleko Florence w Karolinie Południowej. Pocisk nie zawierał materiału rozszczepialnego, jednak wybuch konwencjonalny poranił rodzinę Greggów i zniszczył budynki. Pozwane Siły Powietrzne USA wypłaciły rodzinie 54 tys. dolarów odszkodowania.

W listopadzie B-47 zapalił się przy starcie. Jeden z członków załogi zginął. Eksplozja konwencjonalnych materiałów wyrwała krater o średnicy 17 i głębokości 3 metrów. Materiały nuklearne odzyskano.

W czerwcu 1959 roku transportowiec C-124 uległ awarii. Pilot, zrozumiawszy, że nie uda mu się utrzymać maszyny w powietrzu, skierował się poza tereny zabudowane. Załodze udało się wydostać z samolotu. Maszyna płonęła wiele godzin, co spowodowało uszkodzenie jednego z ładunków. Dopiero w 1982 roku władze przyznały, że doszło do skażenia.

Cztery miesiące później nad Hardinsburgiem w Kentucky B-52 zderzył się z tankowcem. Czterech członków załogi B-52 oraz cała załoga KC-135 zginęli. Obie bomby odzyskano, jedna częściowo spłonęła.

„Chrome Dome"

Trudno powiedzieć, czy kryptonim potocznie znaczący „łysa pała" był nawiązaniem do gładkiej czaszki Nikity Chruszczowa, pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego KPZR w czasie, gdy projekt się rodził. Pomysłodawcą operacji był generał Thomas Power. Stany Zjednoczone miały utrzymywać w powietrzu flotę bombowców uzbrojonych w głowice nuklearne, co dawało możliwość przeprowadzenia ataku odwetowego po ataku Rosjan. W styczniu 1961 roku oficjalnie poinformowano o tym opinię publiczną i przy okazji adwersarzy. Nikt nie robił tajemnicy z faktu, że pociski nuklearne cały czas są w drodze i mogą być użyte. Dwanaście B-52 znajdowało się non stop w powietrzu, krążąc wokół ZSRR po trzech głównych ścieżkach – północnej wzdłuż wschodnich granic USA i Kanady, wokół Grenlandii wzdłuż koła podbiegunowego i wracając przez Alaskę na Zachodnie Wybrzeże, południowej – znad Zatoki Meksykańskiej przez Atlantyk i wzdłuż morza Śródziemnego, i z powrotem. Jeden B-52 stale krążył wokół Grenlandii. Przy tak ogromnej skali zaangażowania ludzi i sprzętu wypadek był tylko kwestią czasu.

Tydzień po rozpoczęciu operacji, o północy z 23 na 24 stycznia 1961 roku, w trakcie tankowania w locie okazało się, że ze skrzydła wycieka paliwo. Dowódca przerwał tankowanie. Wyciek był poważny, stracili 17 ton paliwa w 3 minuty. Załoga opuściła pokład. Maszyna wpadła w korkociąg i rozpadła się, uwalniając dwie bomby termojądrowe. Szczątki samolotu pokryły 5 km kw. plantacji tytoniu i bawełny niedaleko Goldsboro w Karolinie Północnej. Pierwszą bombę znaleziono nietkniętą, gdyż spadochron zaczepił o drzewo. Bezpiecznik bomby był nadal w pozycji „wyłączone", choć mechanizm przeprowadził resztę sekwencji samouzbrajania. Druga bomba roztrzaskała się i w rozmiękłym gruncie utknęła część zawierająca uran. Po tygodniach kopania armia wykupiła grunt, by uniemożliwić amatorom wydobycie ładunku. Po wypadku wzmocniono konstrukcję B-52.

W marcu miał miejsce kolejny wypadek – nad Yuba w Kalifornii. Maszynę opuściły załoga i dwie bomby nuklearne. Na szczęście żadna nie wybuchła. Odtajnione w 2013 roku dokumenty wskazują, że jedna z bomb była bliska eksplozji. Po katastrofie zmodyfikowano konstrukcję skrzydeł B-52. Ich uszczelnione wnętrze stanowiło zbiornik paliwa, jednak taka budowa powodowała o 60 proc. większe obciążenia konstrukcji.

Przez trzy lata udało się uniknąć wypadków. Ale 13 stycznia 1964 roku B-52D, lecąc nad Appalachami, trafił w burzę śnieżną. Silna turbulencja urwała statecznik pionowy. Samolot obrócił się i runął na górskie stoki. Bombardier nie zdołał wydostać się z samolotu. Strzelec, który odniósł obrażenia podczas skoku, i nawigator zamarzli w nocy. Reszta załogi przeżyła. 500 żołnierzy i marines przeszukiwało góry w poszukiwaniu bomb. Obie „stosunkowo nieuszkodzone" odnalazł pracownik kamieniołomów.

8 grudnia 1964 roku w bazie Bunker Hill w czasie kołowania B-58 stanął w płomieniach. Bomby znalazły się w ogniu. W efekcie miejsce katastrofy zostało skażone. Rok później na pokładzie lotniskowca „Ticonderoga" A-4E Skyhawk spadł z pokładu w czasie przetaczania. Samolot zatonął wraz z pilotem i bombą B43, 109 km od Kagoshimy.

Bomby nad Hiszpanią

Najbardziej znana katastrofa miała miejsce 17 stycznia 1966 roku. B-52G „Tea 16" wystartował z bazy Seymour Johnson na patrol na trasie śródziemnomorskiej. Na wysokości 30 tys. stóp u wybrzeży Hiszpanii rozpoczął ostatnie tankowanie. Doszło do kolizji. Na ziemię spadły oba samoloty i cztery bomby MK28FI. Amerykańska armia natychmiast zaczęła poszukiwania pocisków. Pierwszy znaleziono na plaży, drugi wrył się w pole pomidorów, trzeci wylądował... na cmentarzu. Wojsko czym prędzej zabrało bomby oraz tony ziemi skażonej plutonem. Nadal brakowało czwartego pocisku. 30 okrętów marynarki USA poszukiwało bomby przez 11 tygodni. 7 kwietnia podniesiono ją z dna. Na szczęście nie była uzbrojona. Po wypadku zredukowano liczbę samolotów stale pozostających w powietrzu do czterech.

Wypadek, który zakończył operację „Chrome Dome", wydarzył się 21 stycznia 1968 roku nad Grenlandią. B-52 „Hobo 28" wystartował z dodatkowym pilotem. Niestety, dodatkowy fotel umieszczono zbyt blisko źródła ciepła. Fotel zapalił się i kabina wypełniła się dymem. Załoga opuściła samolot. Sześciu członków załogi przeżyło – zostali odnalezieni przez psie zaprzęgi wysłane z Thule. Wypadek spowodował poważne konsekwencje dyplomatyczne, gdyż Dania zdeklarowała się jako strefa wolna od broni nuklearnej. Sześć kilogramów plutonu utknęło w lodzie, z czego ćwierć kilo skaziło lód oraz wrak samolotu. Rozpoczęto operację „Crested Ice". 700 ludzi zebrało 7000 m sześciennych radioaktywnego lodu, który przewieziono do USA. Badania sprawdzające wpływ wypadku na florę i faunę nie wykazały znaczących zmian. Operacja „Chrome Dome" zakończyła się następnego dnia, czyli 22 stycznia 1968 roku.

15 września 1980 roku bombowiec B-52H, uzbrojony w osiem pocisków krótkiego zasięgu AGM-69A z głowicami jądrowymi i cztery bomby nuklearne B28, stanął w płomieniach na pasie lotniska Grand Forks w Dakocie Północnej i płonął godzinami. Katastrofa nuklearna nigdy nie była tak blisko. Katastrofa gorsza od Czarnobyla.

Gdy pilot uruchomił silniki, jeden z nich stanął w płomieniach. Załoga ewakuowała się z maszyny i do akcji wkroczyli strażacy. Minęły trzy godziny, zanim udało się opanować pożar. Przyczyna? Mechanik źle zainstalował filtr paliwa i płomień w silniku podsycany był tonami paliwa wypełniającego skrzydło bombowca. Trzy lata później w tej samej bazie w podobnym wypadku pożar całkowicie strawił B-52. Na szczęście maszyna nie miała na pokładzie broni nuklearnej. Gdyby taki pożar objął rakiety i bomby nuklearne, mogłoby dojść do katastrofy na niespotykaną skalę. Jest wysoce prawdopodobne, że wybuchłyby klasyczne ładunki służące jako zapalniki w bombach jądrowych i silniki rakiet. Nawet jeśli nie spowodowałoby to eksplozji nuklearnej, to wyrzuciłoby w powietrze chmurę radioaktywnego plutonu nad obszar 150 km kw. obejmujący Dakotę Północną i Minnesotę. W promieniu 30 km od bazy mieszkało 70 tys. ludzi.

Do ostatniego znanego epizodu doszło w 2007 roku. Personel naziemny załadował sześć rakiet manewrujących AGN-129 na pokład B-52 w bazie Minot. Nikt nie wiedział, że pociski mają głowice nuklearne. Nie zauważono braku głowic w magazynie. Dopiero po 36 godzinach odkryto pomyłkę i wdrożono odpowiednie procedury bezpieczeństwa. Siły Powietrzne USA ukarały 70 osób związanych z wypadkiem.

Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 471
Świat
"Nagła katastrofa ekologiczna". Ewakuacja tysięcy osób w chińskiej metropolii
Świat
Dron uderzył w budynek w mieście w Rosji. Są ranni
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 470
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 469