Fundamentaliści islamscy kontrolowali w czwartek Ghazni, stolicę prowincji o tej samej nazwie w centrum kraju. Dekadę temu stacjonowały tam polskie wojska uczestniczące w misji sojuszników Ameryki. 200-tys. Ghazni leży przy drodze z Kabulu do Kandaharu, najważniejszego miasta na południu, oblężonego od miesiąca.

Marsz talibów po ponowną władzę nad krajem nabrał rozpędu kilka tygodni przed zapowiedzianym przez prezydenta Joe Bidena całkowitym wycofaniem amerykańskich żołnierzy z Afganistanu.

Do Kabulu z miasta Ghazni jest 130 km. Ale talibowie są obecni już 40 km od afgańskiej stolicy, ale poza kontrolowanymi przez siły rządowe miastami. Problemem było dla nich do niedawna zdobywanie większych ośrodków. Ale to się skończyło. Teraz co dzień słychać o co najmniej jednej kolejnej stolicy prowincji, która wpada w ich ręce. Ghazni jest dziesiątą od poprzedniego piątku. Prowincji jest w Afganistanie 34.

Wpadanie w ręce przychodzi im zazwyczaj łatwo. Zdarza się, że bez oddania jednego strzału, tak było kilka dni temu z Ajbakiem, stolicą północnej prowincji Samangan. Miasto Ghazni oddał, prawdopodobnie też bez poważniejszego oporu, gubernator prowincji Dawud Langhmani. W zamian za wolność. Jak jednak podawała afgańska agencja Tolo, podczas ucieczki został w sąsiedniej prowincji aresztowany przez rządową służbę bezpieczeństwa, a wraz z nim najbliżsi współpracownicy.

Rząd, który traci ochronę amerykańską, zaproponował w czwartek talibom podzielenie się władzą – dowiedziała się katarska telewizja Al-Dżazira, drobiazgowo śledząca konflikt. W stolicy Kataru, Dausze, od prawie roku, z przerwami, toczą się negocjacje pokojowe. Ale talibowie, odnosząc łatwe zwycięstwa, nie mają motywacji do zawieszenia broni. Oficjalnie wciąż są za pokojem, co w tym tygodniu podkreślił uczestnik negocjacji Suhail Szahin. Ale ich zdaniem to strona rządowa „stwarza przeszkody".

Zachodnie media opisują, powołując się na anonimowych lokalnych informatorów, jak wyglądają pierwsze działania talibów w podbitych miastach. Ogłaszają swoje nakazy, korzystając z megafonów w meczetach, domagają się listy nazwisk żon i wdów oraz wszelkich urzędników i policjantów. Oraz, jak już kilka dni temu pisał brytyjski tabloid „Daily Mail", zmuszają setki młodych kobiet, nawet dziewczynki, do ożenku z bojownikami, co jest formą łupu wojennego. Potem o dziewczynkach wydawanych za talibów pisała też francuska agencja AFP.