Przeciwnicy Juszczenki twierdzą, że prezydent, ukrywając prawdę o stanie swojego zdrowia, łamał prawo i narażał kraj na niebezpieczeństwo. – Nie może być tak, że przywódca przechodzi operację pod narkozą, a my o tym nic nie wiemy – powiedział „Rz” Wołodymyr Siwkowycz, deputowany opozycyjnej Partii Regionów i były szef komisji śledczej w parlamencie, która badała okoliczności zatrucia Juszczenki przed wyborami prezydenckimi w 2004 roku.

Oburzenie przeciwników Juszczenki wywołał oficjalny komunikat, że po zatruciu dioksynami (substancje chemiczne wykorzystywane przez służby specjalne) przeszedł on 24 skomplikowane operacje w austriackiej prywatnej klinice Rudolfinerhaus. – Prezydent powinien wówczas przekazać komuś władzę. Ta sprawa powinna być przedmiotem dyskusji w parlamencie – uznał Siwkowycz.

W ZSRR o stanie zdrowia przywódców dowiadywaliśmy się z nekrologów

Zdaniem ekspertów komunikat był niefortunny. Ujawnił bowiem przypadki łamania konstytucji przez najwyższych przedstawicieli władz.

Dlaczego otoczenie Juszczenki ukrywało, że był wielokrotnie operowany? – To tradycja, która sięga jeszcze czasów ZSRR. Wówczas dowiadywaliśmy się o stanie zdrowia przywódców zwykle po ukazaniu się ich nekrologów – mówi „Rz” analityk kijowskiego Instytutu Polityki Otwartej Maksym Stricha. Jego zdaniem rywalom Juszczenki będzie jednak trudno wszcząć procedurę odsunięcia go od władzy, gdyż konstytucja nie określa precyzyjnie, w jakich przypadkach prezydent powinien przekazywać władzę.

O sprawie zatrucia Juszczenki zrobiło się znowu głośno po niedawnym wywiadzie w internetowej „Ukraińskiej Prawdzie”, którego udzielił bliski współpracownik prezydenta z czasów pomarańczowej rewolucji Dawid Żwanija. Twierdzi on, że podejrzany o zatrucie Wołodymyr Saciuk (były zastępca szefa ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa poszukiwany listem gończym) nie mógł tego zrobić. – Saciuk popierał Juszczenkę, finansował jego partię – mówił Żwanija.

Znany dziennikarz Sierhij Leszczenko, który rozmawiał z Żwaniją, był w sprawie wywiadu kilkakrotnie wzywany do prokuratury. Raz milicja doprowadziła go tam siłą. Przeciwko nadużyciom śledczych zaprotestowali dziennikarze, a nawet sam Juszczenko.