Tomasz Deptuła z Nowego Jorku

Mówili o możliwości wprowadzenia sankcji dla przedstawicieli władz Ukrainy, jeśli będą nadal tłumić demokratyczne demonstracje.

„Ukraina uczyni Europę lepszą, a Europa – Ukrainę. Wolny świat jest z wami. Ameryka jest z wami. Ja jestem z wami" – te słowa senatora McCaina wygłoszone do demonstrujących na Majdanie przypominały w niedzielę media w USA.

Amerykańscy politycy odbyli w weekend szereg spotkań z przedstawicielami opozycji.

Do tej pory konflikt na Ukrainie administracja Baracka Obamy postrzegała przede wszystkim jako europejski problem. Choć w ciągu minionych kilkunastu dni wielu polityków w Waszyngtonie – zarówno demokratów, jak i republikanów – potępiło użycie siły wobec manifestantów na Ukrainie, reakcja administracji Baracka Obamy była dość wolna.

– Nie ma wątpliwości – ciągle jeszcze Afganistan, Syria, Iran, czy Korea Północna są dla Amerykanów ważniejsze od sytuacji na Ukrainie i zajmują wyższe miejsca w debacie na temat priorytetów polityki zagranicznej USA – mówi „Rz" prof. Charles Kupchan, politolog z Uniwersytetu Georgetown i ekspert waszyngtońskiego think-tanku – Rady Stosunków Międzynarodowych.

Jego zdaniem w miarę pogłębiania się konfliktu Stany Zjednoczone będą się coraz bardziej interesować problemem, jako że tworzy się kolejne pole konfrontacji z Rosją. Z perspektywy Waszyngtonu wydarzenia w Kijowie wciąż bowiem postrzegane są jako pochodna stosunków z Kremlem. – W miarę eskalacji konfliktu jego stawka będzie wzrastać – uważa ekspert.

Podróż amerykańskich senatorów na Ukrainę, która odbywa się za wiedzą Departamentu Stanu, jest interpretowana jako próba wzmożenia nacisku na władze w Kijowe.

Waszyngton zaczął jednak ze stosunkowo niskiego pułapu. Do tej pory najwyższym rangą przedstawicielem administracji, który pojawił się Kijowie, aby rozmawiać zarówno z prezydentem Wiktorem Janukowyczem, jak i z opozycją, była asystentka sekretarza stanu Victoria Nuland. Jej szef John Kerry ograniczył się jedynie do wyrażenia „niesmaku" z powodu sposobów rozwiązywania konfliktów z opozycją i siłowej pacyfikacji Majdanu zamiast „poszanowania dla ludzkiej godności i demokratycznych praw" manifestantów. Z kolei sekretarz obrony USA Chuck Hagel uzyskał od ukraińskiego ministra obrony Pawło Lebiediewa zapewnienie, że rząd nie użyje wojska do tłumienia demonstracji.

W minionym tygodniu grupa senatorów zgłosiła na Kapitolu projekt rezolucji wzywającej administrację do rozważenia możliwości wprowadzenia sankcji skierowanych przeciwko władzom na Ukrainie. Chodziłoby o zakaz wydawania wiz i zamrożenie aktywów dla osób odpowiedzialnych za użycie przemocy.

Dokument nawołuje do „pokojowego i demokratycznego" rozwiązania kryzysu, które pozwoliłoby Ukrainie na zostanie aktywnym członkiem europejskiej wspólnoty. Według McCaina rezolucja wzywa do „przestrzegania praw ludzi do wyrażania swoich poglądów bez użycia przemocy" i powinna być przegłosowana jednogłośnie.

Nad wprowadzeniem sankcji zastanawia się także Departament Stanu. „Rozważamy wszystkie opcje" – mówią dziennikarzom urzędnicy niższego szczebla w Waszyngtonie.

Zdaniem Kupchana ewentualne sankcje – jeśli do nich w ogóle by doszło – powinny być powiązane bezpośrednio z kwestią łamania praw człowieka. Inne rozwiązanie stawiałoby Waszyngton w dwuznacznej sytuacji: – USA muszą respektować decyzje suwerennych władz Ukrainy, które musiały wybierać między krótkoterminowymi korzyściami, jakie przynosiło zbliżenie z Rosją, a długoterminowymi, jakie dawałaby integracja.

Jego zdaniem sankcje rozumiane jako nacisk na zmianę stanowiska Kijowa w sprawie integracji byłyby taką samą formą szantażu, jaką wobec Janukowycza zastosował Kreml.

Kupchan uważa, że amerykańskiej polityki wobec Ukrainy nie można postrzegać w oderwaniu od stosunków amerykańsko-rosyjskich. – Obama był wyjątkowo cierpliwy wobec Putina" – mówi ekspert. Aż do wybuchu afery Snowdena w Białym Domu dominowała filozofia „resetu" w stosunkach z Kremlem. Dla władz Rosji mogło to stanowić dodatkowy sygnał, że Ukrainie można postawić twarde warunki.