– Demokratyczne białoruskie państwo jest częścią polskiej racji stanu – powiedział Robert Tyszkiewicz, otwierając w czwartek posiedzenie sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych poświęcone sytuacji politycznej w tym kraju. Po raz pierwszy posiedzenie komisji odbywało się z udziałem przedstawicieli wszystkich najważniejszych białoruskich ugrupowań opozycyjnych.
Od kilku miesięcy nieskutecznie próbują oni zjednoczyć się w obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich na Białorusi, które mają się odbyć jesienią 2015 roku. Białorusini nie porozumieli się co do poparcia dla jednego kandydata sił demokratycznych i nie utworzyli wspólnego frontu, który mógłby stawić czoła funkcjonującemu od 20 lat reżimowi Aleksandra Łukaszenki. Zresztą do wspólnego zdania liderzy białoruskiej opozycji nie doszli także w polskim Sejmie, poza tym że Zachód musi domagać się uwolnienia więźniów politycznych na Białorusi.
– Świadczy to o braku poczucia odpowiedzialności i jest to nasza wspólna porażka – przyznaje z rozmowie z „Rz" dysydent i szef Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji Paweł Siewiaryniec, który był jednym z inicjatorów zjednoczenia opozycji. – Jest to sygnał dla białoruskiego społeczeństwa, że musi się zorganizować samodzielnie, ponieważ opozycyjni liderzy nie sprostali oczekiwaniom – dodaje.
Wszystko wskazuje na to, że w zbliżających się prezydenckich wyborach białoruska opozycja w ogóle może nie wystartować i ułatwi tym samym prezydentowi kontynuację rządów w piątej kadencji. Chyba że przeszkodzą mu w tym Rosjanie, którzy zaczęli myśleć o prezydenckich wyborach na Białorusi.
– Swoją działalność rozwinęła w Mińsku rosyjska Fundacja im. Aleksandra Gorczakowa (carskiego ministra spraw zagranicznych), która tworzy siatkę powiązanych ze sobą organizacji w całym kraju i wspiera różne kontrowersyjne prorosyjskie inicjatywy – mówi „Rz" Aleś Zarembiuk, szef Białoruskiego Domu w Warszawie.
– Moskwa zdaje sobie sprawę z tego, że Łukaszenko jest nieobliczalny. Najlepszym rozwiązaniem dla Kremla byłby wybór marionetki, która pełniłaby funkcję „gubernatora Białorusi" – dodaje.
Relacje Łukaszenki z rosyjskimi władzami pogorszyły się znacznie na tle sytuacji na Ukrainie. Niespodziewanie dla Kremla białoruski prezydent opowiedział się po stronie Kijowa, potępił aneksję Krymu i działania Rosji w Donbasie. Dzięki temu odmroził swoje kontakty z Zachodem i wystąpił w roli pośrednika, kilkakrotnie organizując w Mińsku spotkania międzynarodowej grupy kontaktowej w sprawie uregulowania sytuacji na wschodzie Ukrainy.
– Łukaszenko wreszcie zrozumiał, że zagrożenie dla jego władzy nadchodzi ze Wschodu. Postanowił więc rozpocząć własną grę, do której przyłączył się Zachód – mówi „Rz" Andrej Sannikau, lider kampanii obywatelskiej Europejska Białoruś i kandydat na prezydenta w poprzednich wyborach. – Niepokojące jest to, że w trakcie tej gry Łukaszenko będzie domagał się od Zachodu akceptacji dotychczas nieuznawanych wyników wyborów prezydenckich na Białorusi – przekonuje.