Choć Polska aspiruje do miana gospodarczego lidera i puka do drzwi G20, rodzimi przedsiębiorcy wciąż zmagają się z systemem, który zamiast wspierać ekspansję, zdaje się ją ograniczać. Problemem nie jest zła wola, lecz sztywne przywiązanie do litery prawa kosztem jego ducha. Ryszard Florek, prezes FAKRO, zauważa, że w ciągu 35 lat stworzył 4000 miejsc pracy, ale mogłoby być ich dwukrotnie więcej, gdyby administracja nie rzucała kłód pod nogi. „W Polsce prawo interpretuje się nie do końca zgodnie z interesem gospodarczym kraju, czyli z duchem prawa, bardziej z literą prawa. Ta litera prawa nie zawsze przystaje do wszystkich zdarzeń gospodarczych” – podkreśla Florek. Brak holistycznego spojrzenia urzędników na interes państwa sprawia, że dynamicznie rozwijające się firmy zamiast wsparcia otrzymują dodatkowe obowiązki sprawozdawcze i rygorystyczne kontrole.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Izrael chce dalszej wojny z Iranem, ponieważ nie osiągnął swojego głównego celu

Duch prawa a zaufanie do przedsiębiorcy

Różnica między Polską a dojrzałymi gospodarkami Zachodu tkwi głęboko w podejściu do interpretacji przepisów oraz w zaufaniu społecznym. Dr Łukasz Kossacki-Lytwyn wskazuje, że polski system jest silnie pozytywistyczny, co często nie pozostawia urzędnikom pola na wykładnię celu. Na Zachodzie przedsiębiorca postrzegany jest jako twórca wartości dodanej, któremu należy ułatwiać rozwój. „My się tak naprawdę uczymy cały czas tego, co jest olbrzymią przewagą Zachodu, czyli podejścia z takim olbrzymim zaufaniem do tych przedsiębiorców, którzy zgodnie z prawem chcą prowadzić biznes” – wyjaśnia dr Kossacki-Lytwyn. Bez zmiany tego paradygmatu i wprowadzenia mechanizmów takich jak Rzecznik Interesu Gospodarczego, Polsce trudno będzie pokonać barierę średniego rozwoju i chronić swoje „perły w koronie” przed biurokratycznym dławieniem.

Czytaj więcej

Sekretarz energii USA mówi: Ceny ropy będą rosły. USA i Iran były bliskie porozumienia

Mit kapitału bez narodowości

Przez lata karmiono nas wizją, że pochodzenie kapitału nie ma znaczenia, jednak rzeczywistość 2026 r. brutalnie weryfikuje tę tezę. Unia Europejska to wspólnota polityczna, ale gospodarczo każdy kraj walczy o własny budżet i swoich emerytów. Podczas gdy Polska często gra według podręcznikowych zasad wolnego rynku, Francja czy Niemcy stosują subtelne, a niekiedy brutalne mechanizmy ochrony rodzimych czempionów.

Skutki braku własnego kapitału są wymierne: co roku z Polski wypływa około 200 miliardów zł z tytułu dywidend, odsetek i opłat licencyjnych. Ryszard Florek ostrzega: „To wojsko, to są te globalne firmy, które ten kapitał z globalnego rynku ściągają do Polski. Dzisiaj z Polski co roku wypływa 200 miliardów zł (...) to jest więcej niż na SAFE”. Bez silnych, lokalnych marek zarządzających całym łańcuchem wartości, pozostaniemy jedynie montownią dla zagranicznych koncernów.

Czytaj więcej

AfD chce reaktywować Nord Stream

Edukacja kluczem do zamożności

Budowa silnej gospodarki wymaga zrozumienia, skąd bierze się bogactwo narodu. Struktura wartości dodanej pokazuje, że tylko zarządzanie kapitałem i know-how pozwala na realny wzrost płac. Kupując polskie produkty, nie tylko nabywamy towar, ale inwestujemy w przyszłe wynagrodzenia, ponieważ te pieniądze mają szansę wrócić do obiegu wewnątrz kraju. Prezes FAKRO przytacza lekcję, którą otrzymał od francuskiego dystrybutora: „Co byś wolał, zapłacić 30 proc. drożej i zarabiać 100 proc. więcej, czy zapłacić 30 proc. taniej i zarabiać 100 proc. mniej?”. To paradoksalne pytanie uświadamia, że dbałość o interes narodowy opłaca się wszystkim obywatelom. Jeśli chcemy przestać dziedziczyć długi i zacząć budować trwały dobrobyt, musimy zrozumieć, że każdy zakup i każda decyzja urzędnicza ma swoją wagę w globalnej grze o suwerenność ekonomiczną.