Gdy w Pakistanie trwały jeszcze negocjacje amerykańsko–irańskie, premier Beniamin Netanjahu udowadniał w przemówieniu do narodu, że nie ma mowy o końcu wojny. Przedstawił też listę sukcesów całej operacji, takich jak likwidacja znacznej części irańskiego przemysłu, infrastruktury oraz eliminacja części irańskiego kierownictwa. Nie jest to bilans imponujący.

W ocenie izraelskiej opozycji jest jeszcze gorzej. – Reżim w Iranie nie został pokonany, zagrożenie nuklearne nie zostało usunięte, a rakiety balistyczne i rakiety Hezbollahu nadal są wymierzone w każdy dom w Izraelu – argumentuje lider izraleskiej opozycji Jair Lapid.

Czytaj więcej

Co dalej z irańską wojną po historycznym spotkaniu w Islamabadzie

Donald Trump i Beniamin Netanjahu mają inne cele w wojnie z Iranem

Nie ulega wątpliwości, że najważniejszą rzeczą, która się nie powiodła, jest zmiana reżimu w Iranie, co było deklarowanym celem państwa żydowskiego w tej wojnie. Zapowiadał to Netanjahu na samym początku konfliktu. 

Teraz premier Izraela mówi, że wojna powinna trwać, tym bardziej, że jego zdaniem w kierownictwie irańskim pojawił się konflikt. Szczegółów nie ujawnił. Być może miał na myśli fakt umacniania się w Iranie ekstremalnie nieprzejednanego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Wszystko to wyjaśniał Netanjahu narodowi w sobotni wieczór, tuż przed ogłoszeniem fiaska negocjacji w Islamabadzie.

Wybór terminu nie był zapewne przypadkowy. Chodziło o uświadomienie obywatelom, iż mimo wspólnej akcji zbrojnej Izrael ma jednak inne cele niż USA. Będący pod ogromną presją tak wewnętrzną, jak i międzynarodową Donald Trump może więc rozmawiać z Iranem. Izrael nie musi się kierować takim imperatywem. W USA odbywają się jesienią tego roku wybory połówkowe do Kongresu, w efekcie których prezydent może zostać poważnie osłabiony. Trump musi brać to pod uwagę w kontekście niepopularnej wojny. Zdecydowana większość społeczeństwa jest jej przeciwna. 

Takiego problemu nie ma Netanjahu. Wprawdzie pod koniec września tego roku czekają go wybory do Knesetu, ale w odróżnieniu od Trumpa ma jednak za sobą ogromną większość społeczeństwa, popierającego zarówno wojnę z Iranem, jak i z libańskim Hezbollahem. Sukcesu wyborczego to jednak nie gwarantuje, chociażby dlatego, że to na premierze ciąży odpowiedzialność za kolosalną katastrofę w postaci ataku Hamasu na Izrael z 7 października 2023 r.

Czytaj więcej

Wojna z Iranem. Beniamin Netanjahu dostrzegł „złotą okazję”

USA i Izrael prowadzą wojnę z Iranem z odmiennych powodów

Uwarunkowania polityczne w USA i Izraelu uwidaczniają rysujące się coraz bardziej rozbieżności pomiędzy obu krajami. „Obaj partnerzy toczą tę samą wojnę z zasadniczo odmiennych powodów” – pisał niedawno magazyn „Foreign Affairs”, podkreślając, że premier Izraela skupił się na eliminacji przywódców i zmianie reżimu jako głównych celach kampanii. Tymczasem Waszyngton traktował priorytetowo ograniczenie areału rakietowego Iranu, jak i sprawę wzbogacania uranu. Uznając za rzecz drugorzędną dalsze trwanie reżimu irańskiego w wypadku sukcesu w sprawach priorytetowych.

Ambasador Izraela w Australii, Hillel Newman, wyznał otwarcie w niedawnym wywiadzie dla ABC, że Izrael nie spodziewał się zamknięcia cieśniny ani przeprowadzenia ataków odwetowych na kraje Zatoki Perskiej

Perspektywa Izraela jest nieco inna. W jego ocenie zakończenie wojny bez zmiany reżimu może wprawdzie odsunąć niebezpieczeństwo ze strony Iranu na lata, lecz nie jest rozwiązaniem ostatecznym. Innymi słowy za kilka lat może nastąpić swego rodzaju powrót do przeszłości i konieczność kolejnej wyprawy na Iran.

Ale wtedy prezydentem nie będzie już Donald Trump, a przyszły lokator Białego Domu może nie sprzyjać państwu żydowskiemu do tego stopnia, by raz jeszcze wysłać armadę na Bliski Wschód. Uczynił to Trump, nie biorąc, jak się wydaje, pod uwagę możliwości zamknięcia cieśniny Ormuz przez Iran. Tak przynajmniej twierdzi CNN powołując się na własne źródła.

Cieśnina Ormuz

Cieśnina Ormuz

Foto: PAP

Tymczasem ambasador Izraela w Australii, Hillel Newman, wyznał otwarcie w niedawnym wywiadzie dla ABC, że Izrael nie spodziewał się zamknięcia cieśniny ani przeprowadzenia ataków odwetowych na kraje Zatoki Perskiej. Do końca nie wiadomo, w jakim stopniu stratedzy wojskowi obu krajów brali to pod uwagę. Faktem jest, że blokada wpłynęła na losy wojny. Przejmując dopiero po fiasku negocjacji w Pakistanie pokerową decyzję o zablokowaniu eksportu ropy przez Iran, Trump ma nadzieję, że doprowadzi do udrożnienia tej drogi wodnej.

– Wojna trwa. Całkowicie wspieramy prezydenta Trumpa w tej sprawie – ogłosił premier Netanjahu w poniedziałek. 

Czytaj więcej

Trump miał nigdy nie wybaczyć Netanjahu. W sprawie Iranu szybko mu uległ

W Izraelu pojawiła się nadzieja na rozwiązanie problemu Hezbollahu

Logika premiera Netanjahu opiera się na założeniu, że właśnie teraz jest najlepszy moment na ostateczną likwidację zagrożenia ze strony Iranu i najgroźniejszego wroga, jakim jest libański Hezbollah. Taka jest też opinia lidera opozycji Jaira Lapida. Nie przeszkadza mu to w krytykowaniu Netanjahu także za to, że doprowadził do sytuacji, w której bez udziału Izraela doszło do zawieszenia broni i negocjacji amerykańsko–irańskich w Pakistanie. 

Izraelskie ataki na Liban w nocy z 7 na 8 kwietnia

Izraelskie ataki na Liban w nocy z 7 na 8 kwietnia

Foto: PAP

W samym Libanie rośnie nienawiść do szyickiego Hezbollahu i jego zwolenników. Po raz pierwszy od dekad pojawiła się też, niewielka na razie, szansa na rozwiązanie problemu, jakim jest istnienie hezbollahowego państwa w państwie. W tej sytuacji Netanjahu liczy na porozumienie z władzami Libanu jako sojusznika w dalszym osłabianiu i tak już mocno poturbowanego Hezbollahu w konfrontacji z Izraelem. Pierwsze spotkanie obu delegacji obu krajów zaplanowano na wtorek w Waszyngtonie.

Czytaj więcej

Na Zachodnim Brzegu Izrael walczy sam z sobą

– Libański rząd dąży do pokoju w południowym Libanie, gdzie ofensywę przeciwko Hezbollahowi prowadzi izraelska armia. Izrael chce utworzenia tam strefy buforowej pod swą kontrolą. Obie strony wychodzą z tego samego założenia, że nie należy dopuścić do odrodzenia potęgi Hezbollahu w południowym Libanie – mówi „Rzeczpospolitej” z Bejrutu Nadim Shehadi, były ekspert think tanku Chatham House.   

Jego zdaniem najważniejszym zadaniem jest przekonanie ponad miliona uchodźców z południowego Libanu, koczujących obecnie głównie na ulicach Bejrutu, że to Hezbollah, ostrzeliwujący Izrael, jest prawdziwą przyczyną ich powtarzającego się co jakiś czas nieszczęścia. – To niezwykle trudne zadanie, ale nie niemożliwe – mówi Nadim Shehadi. W tak zarysowanym planie osłabiony i pozbawiony realnego wsparcia Iranu Hezbollah miałby się stać częścią libańskiego systemu społecznego opartego na nowych zasadach. Równocześnie nikt nie ma wątpliwości, że całkowite wyeliminowanie potęgi militarnej Hezbollahu jest niewykonalne. W tym właśnie tkwi najsłabszy punkt całego planu.