Choć tradycyjnie geopolityka Islamabadu pozostaje silnie indocentryczna, a egzystencjalna rywalizacja z Indiami oraz niestabilne relacje z ogarniętym kryzysem Afganistanem determinują tamtejszą politykę obronną, kraj ten staje się kluczowym punktem odniesienia dla globalnych mocarstw.

Reklama
Reklama

Dotychczasowe ścisłe uzależnienie od Pekinu, realizowane poprzez wielomiliardowe inwestycje w ramach Chińsko-Pakistańskiego Korytarza Gospodarczego (CPEC), ustępuje dziś miejsca bardziej elastycznej strategii asekuracyjnej. Do gry o wpływy w regionie powrócił bowiem Waszyngton, oferując Islamabadowi nie tylko wsparcie finansowe i polityczne, ale również nowe perspektywy inwestycyjne, co daje pakistańskim władzom niespotykaną dotąd przestrzeń do lawirowania między globalnymi graczami.

Czytaj więcej

Pakistan wysłał myśliwce i tysiące żołnierzy do Arabii Saudyjskiej

Dożywotni marszałek polowy i fasadowa demokracja

Ten międzynarodowy sukces i nagły wzrost znaczenia Pakistanu jako regionalnego mediatora rodzi jednak zasadnicze pytanie o to, na ile globalna chwała przekłada się na codzienne życie jego obywateli. Państwo wciąż zmaga się z widmem bankructwa, drastycznymi napięciami wewnętrznymi oraz rosnącą rolą armii, która pod wodzą Asima Munira de facto steruje polityką kraju, spychając demokratyczne instytucje na margines. Choć pozycja zewnętrzna kraju uległa radykalnej poprawie, społeczeństwo – a w szczególności młode pokolenie pozbawione jasnych perspektyw – przypomina tykającą bombę.

Jak zauważa dr Patryk Kugiel z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych: „To jest najlepszy rok w historii międzynarodowej pozycji, budowania pozycji Pakistanu. No chyba nawet od powstania tego państwa. (...) Pakistan po prostu umocnił swoją własną pozycję i to na pewno jest wielki sukces międzynarodowy Pakistanu”. Czy ten dyplomatyczny kapitał pozwoli jednak okiełznać piętrzące się problemy wewnętrzne?

Czytaj więcej

Netanjahu ma nowy plan, chce kontrolować 70 proc. Strefy Gazy. „Krok po kroku”

Codzienność w ruinach: tragedia Strefy Gazy

Skala zniszczeń i kryzysu humanitarnego na Bliskim Wschodzie osiągnęła poziom, który wymyka się dotychczasowym ramom pojęciowym, a codzienna praca organizacji pomocowych w takich miejscach, jak Strefa Gazy przypomina próbę ugaszenia pożaru kroplami wody.

Jak relacjonuje Jakub Belina-Brzozowski z Polskiej Misji Medycznej, sytuacja na miejscu jest katastrofalna: całkowity brak dostępu do czystej wody, prądu, podstawowych leków czy opieki medycznej sprawia, że ludzie umierają z powodu chorób, które w normalnych warunkach byłyby banalnie proste do wyleczenia. Choć światowe media powoli oswajają się z tymi obrazami, wykazując syndrom „zmęczenia współczuciem”, to na miejscu dramat uchodźców w Libanie, wewnętrznie przesiedlonych Syryjczyków czy zamkniętych w enklawie Palestyńczyków pogłębia się z każdą minutą.

Czytaj więcej

Miała być nowa Gaza. Rada Pokoju Donalda Trumpa świeci pustkami

Kluczem do zrozumienia tej tragedii jest uświadomienie sobie, że za każdą cyfrą w raportach ONZ stoi konkretny człowiek – dziecko pozbawione dachu nad głową, matka walcząca o choćby jedną czystą butelkę wody dla niemowlęcia czy lekarz operujący bez znieczulenia. Pomoc humanitarna w tych regionach przestała być jedynie kwestią logistyki i dostarczania paczek żywnościowych, stała się fundamentalną walką o zachowanie elementarnych praw człowieka tam, gdzie polityka i bezwzględne interesy militarne mocarstw spróbowały te prawa całkowicie wymazać.

Zachęcamy również do wysłuchania i obejrzenia innych odcinków podcastu: