Czytając pana książkę – „Miłość nie istnieje”, nie mogłam się zdecydować: czy chcę ją wyrzucić przez okno, czy nie mogę się oderwać, bo to interesująca prowokacja.

W książce nie ma żadnej prowokacji. To wyłącznie interpretacja procesu, który rozpoczął się już jakiś czas temu. Dlaczego chciała pani wyrzucić ją przez okno?

Reklama
Reklama

Mam wrażenie, że jest niesprawiedliwa wobec kobiet, a więcej empatii ma pan dla mężczyzn.

A mężczyźni mówią, że jest na odwrót. Dlatego myślę, że książka jest – za przeproszeniem – obiektywna. Pokazuje zmieniające się role, oczekiwania i szanse obu płci na rynku matrymonialnym. To, co z perspektywy czytelniczki jest empatią dla mężczyzn, to diagnoza: ich szanse się zmniejszają. To, że znacząca część mężczyzn zostaje na mieliźnie, nie stanowi obserwacji empatycznej.

Kto ma rację: kobiety czy mężczyźni?

Nikt. Zakładam, że jednym z powodów, dla którego nie wyrzuciła pani książki, jest to, że zdejmuje ona ciężar odpowiedzialności z jednej i drugiej płci. A już na pewno z jednostki powszechnie obwinianej za to, że jest samotnym mężczyzną lub samotną kobietą. Pochyliłem się nad tym, czego ludzie nie chcą zobaczyć. Przyczyna leży w konstrukcji natury ludzkiej.

Co to znaczy?

Szukamy winy wewnątrz drugiego człowieka. Psychologia społeczna opisuje to jako podstawowy błąd atrybucji. Kiedy więc widzimy bezdomną osobę, pierwsza myśl, jaka przychodzi nam do głowy, to, że sama jest sobie winna. Mało kto dostrzega przyczynę w procesach społecznych, które wyrzuciły tę osobę na bruk. Podobnie jest ze wszystkim, co dzieje się na rynku matrymonialnym: mężczyźni widzą winę w kobietach, które według nich „oszalały” i „chcą za dużo”, a kobiety winią mężczyzn – za to tych, którzy pozostali wolni, postrzegają jako „popapranych”.

Wyjaśniam, że z mężczyznami i kobietami nic złego się nie dzieje – to świat się zmienił, czyli inne są okoliczności kulturowe, społeczne i ekonomiczne, które decydują o tym, że kobiety i mężczyźni na rynku matrymonialnym coraz częściej się mijają. Również dosłownie – przebywają w zupełnie innych miejscach. Do tego rozsypał się scenariusz miłości romantycznej wraz z systemem randkowania. Chcemy, żeby to działało jak do tej pory, ale w technoczasach nie będzie.

Musimy porzucić marzenia o miłości romantycznej?

Możliwe, że dla klasy średniej oraz wyższej klasy średniej we Francji, Danii i Polsce miłość romantyczna jest teatrem lub przygodą, a niekoniecznie tym, na czym opiera się trwały związek, którego celem jest reprodukcja. Dla części z nas miłość romantyczna nie jest tym, co trwale nas wiąże, ale społeczną przyjemnością. Część z nas nie natrafia na miłość. Dla większości populacji miłość romantyczna nie jest już kamieniem milowym. Czeka nas przyszłość, w której miłość będzie doświadczeniem mniejszej grupy ludzi.

Czytaj więcej

Mariusz Cieślik: Miłość w czasach Tindera

Dobrze to rozumiem: problem samotności pogłębia się, ponieważ utrzymuje się przekonanie, że rozwiązuje go miłość romantyczna?

Przekonanie, że jedynym lekarstwem na samotność jest miłość romantyczna, prowadzi do katastrofy. Polscy mężczyźni kilkadziesiąt lat temu pytani o to, kto jest ich najlepszym przyjacielem, odpowiadali, że żona. W upowszechnionym przez kulturę scenariuszu miłości romantycznej łączą się fenomeny takie jak przyjaźń, bliskość, pożądanie. Dziś następuje ich rozszczepienie. Brak miłości romantycznej lub opartego o nią związku – zwłaszcza dla kobiet – jest równoznaczny z samotnością. To nieprawda. Singielka, przy założeniu heteroseksualności, nie jest samotna, bo otaczają ją przyjaciółki. W trudniejszym położeniu są mężczyźni – jeśli nie mają partnerki, zazwyczaj brakuje im również przyjaciół. Single są bardziej samotni niż singielki – to nie empatia, a fakt. Chodzi o wypchniętych z rynku matrymonialnego mężczyzn, którzy najczęściej nie mają nikogo.

Z przyjaźni dzieci nie będzie.

Nie wiadomo.

Gdzie jest więc miejsce miłości w dyskusji o demografii?

Codziennie rano i wieczorem myjemy zęby. Nikt się nie porozumiewa ze sobą w tej sprawie, a robią to miliony ludzi na całym świecie. W socjologii nazywa się to działaniem zbiorowym. Przynosi to niemałe efekty na poziomie makrospołecznym, np. najczęściej do tego używane plastikowe szczoteczki zanieczyszczają oceany. Chcę przez to powiedzieć, że mamy kłopot z przeniesieniem tego, co dzieje się w sferze mikro do sfery makro: ludzie wierzyli, że miłość jest ich wyborem, a przez pierwsze trzy, cztery lata nie dostrzegali wad partnera, co sprzyjało byciu razem i reprodukcji; obecnie nie mogą znaleźć miłości, nie pojawiają się więc dzieci. Istnieje związek między upadkiem miłości romantycznej jako instytucji społecznej a kryzysem demograficznym. O niskiej dzietności mówi się mniej więcej od 20 lat, ale walczy się z nią na poziomie makro, nie pamiętając o tym, że np. transfery socjalne trafiają do związków, które zostały już zawarte, podczas gdy problemem jest to, że nie powstają nowe.

Posypał się scenariusz miłości romantycznej, a to decyduje o tym, że ludzie mają ogromny problem z wiązaniem się w pary. Dlatego nie rodzą się dzieci. Zawodzą wszystkie narzędzia, po jakie sięgali politycy, by to zmienić.

„Posypał się scenariusz miłości romantycznej…” – czyli co się właściwie stało?

Nastąpiła utrata wiary w to, że scenariusz miłości romantycznej jeszcze działa – na zasadzie „Bóg przestaje istnieć, kiedy ludzie przestają w niego wierzyć”. W socjologii nazywa się to definicją sytuacji: jeżeli ludzie definiują coś jako rzeczywistość, jest to rzeczywistością. Za sprawą szeregu czynników ludzie przestają wierzyć w miłość. Należy do nich kultura konsumpcyjna, czyli współczesny kapitalizm, który od dobrych kilkudziesięciu lat trenuje nas do indywidualizmu i niepoświęcania się na rzecz wspólnoty – nawet tej najmniejszej, jaką jest związek.

Kolejne czynniki?

Miłość romantyczna działa w bardzo specyficznych warunkach – patriarchalnej nierówności między kobietami a mężczyznami. Socjologia feministyczna interpretowała ją jako zachętę, dzięki której kobieta pracowała w domu na drugi etat. Jest skrojona pod rzeczywistość, w której kobiety mają niższą pozycję społeczną, niższe zarobki i potrzebują „jeźdźca na białym koniu”, czyli mężczyzny z wyższym uposażeniem, wykształceniem i ambicjami. W chwili, kiedy kobiet dotknął powszechny i znaczący awans społeczny i ekonomiczny, zaczęło brakować mężczyzn, którzy mogliby je zachwycić. Duża część współczesnych kobiet mówi, że mężczyźni nie są w stanie ich niczym zainteresować, a przy wielu parametrach są dziś w rzeczywistości lepsze.

A technologia?

Również wiele zmieniła. Nastąpiła także zmiana obyczajowości, która rozszczepiła komponenty wcześniej składające się na miłość, np. pożądanie oddzielono od uczuć wyższych. Tęsknimy obecnie za miłością romantyczną, która zakłada unifikację bliskości, intymności i przyjaźni.

Czyli kobiety twierdzą, że współcześni mężczyźni nie są w stanie im niczego zaoferować. Myślałam, że to działa w dwie strony. Mężczyźni przecież mają wymagania co do tego, jak kobieta ma wyglądać, np. ile powinna ważyć.

Mężczyźni mają tendencję do wybierania kobiet, których stosunek obwodu talii do obwodu bioder wynosi mniej więcej 0,7, mają zdrowe włosy i nie wyglądają na poważnie chore. Ich lista oczekiwanych cech u partnerek nie jest bardzo długa. A to, co robi z tym kultura, to zupełnie inna sprawa: jeżeli mężczyzna ogląda filmy pornograficzne – a jedna czwarta ruchu internetowego to pornografia – jego zainteresowanie partnerką maleje, na co są badania.

Czytaj więcej

Pokolenie Z kocha inaczej niż starsze generacje. „Miłość nie jest w centrum życia”

Natomiast istnieje ścisła korelacja pomiędzy rosnącą pozycją kobiet, zarobkami, a zwłaszcza wykształceniem – a listą oczekiwań wobec potencjalnego partnera. Lepiej wykształcone i zarabiające kobiety są bardziej nastawione na ogólną jakość związku: to nie może być byle związek z byle kim.

Dlaczego usługi swatek są bardzo drogie? W Warszawie najdroższy pakiet to wydatek rzędu ponad 20 tys. zł.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, bo mogą. Korzysta z nich specyficzny klient lub klientka. W Warszawie istnieje biuro, które zajmuje się realizacją interesów matrymonialnych wyłącznie mężczyzn wysokostatusowych. Stać ich na to, aby zajęła się tym profesjonalna firma. A po drugie, bo to piekielnie trudna praca. Dopasowanie trzech potencjalnych partnerek do takiego mężczyzny nie jest proste. Aplikacje randkowe dają iluzję wyboru. Istnieje powiedzenie „Tinder się nie kończy”. Podczas gdy dopasowanie kogoś interesującego do danej osoby wymaga mnóstwo czasu, energii i wiedzy – sztuczna inteligencja wcale w tym nie pomoże. Nie dziwią mnie te ceny, zresztą są wysokie nie tylko w Polsce.

Dlaczego swatka jest lepsza niż aplikacja randkowa?

Ludzie przewijają aplikacje randkowe w nieskończoność z myślą, że znajdą kogoś jeszcze lepszego. Rozpraszają się iluzją dostępności coraz lepszych modeli. A w historii ludzkie wybory partnerów zawsze zachodziły w ograniczonym środowisku – wioska, parafia itd. Ludzie nie wybierali pośród wielomilionowej populacji Londynu. Swatka ogranicza wybór, zawężając go do wielkości rzędu klasy szkolnej, w której zresztą kilkadziesiąt lat temu zawierane były znajomości niejednokrotnie przekształcające się w związki. Im bardziej ograniczony wybór, również terytorialnie – do parafii, sąsiedztwa, klasy, grupy na studiach – tym jest skuteczniejszy. Do tego dochodzi wiedza swatów i swatek na temat parametrów psychicznych i społecznych ludzi oraz interesów ich rodzin. Nasze wybory nie zachodzą w próżni – są bardzo racjonalne. Socjologia dowodzi, że nic nie dzieje się przypadkiem. Łączą się ludzie o tym samym statusie. 

Komedie romantyczne czy filmy i seriale o miłości robią więc nam krzywdę? Produkcje o mezaliansach, takie jak „Love story” o Johnie F. Kennedym Juniorze i Carolyn Bessette albo „Nikt tego nie chce”, gromadzą milionową publiczność. A wybór głównej bohaterki – zresztą zawodowej swatki w Nowym Jorku – „Materialistów” wcale nie jest oczywisty.

Mezalians nas podnieca, ponieważ nie wydarza się w życiu. Para nie jest odseparowana, ale żyje w otoczeniu innych ludzi, najczęściej bliskich. To nie jest układ dwojga, ale większej liczby ludzi. Kiedy ludzie mają radykalnie odmienne style życia, różne cele i motywacje, potrzeby życiowe i sposoby ich realizacji oraz inne otoczenie – to się nie uda.

Aktywiści z Miasto Jest Nasze postulują, aby władze Warszawy zaprojektowały niekomercyjną aplikację randkową. 

Korporacjom, które tworzą aplikacje randkowe, nie zależy na tym, żeby ich użytkownicy tworzyli trwałe związki, bo przestaną wtedy korzystać z ich produktów. Poszukując podmiotu, któremu na tym zależy, państwo jest pierwszym, jaki przychodzi mi do głowy – potrzebuje dzieci, aby działał system ubezpieczeń społecznych. Dlatego nie obśmiewałbym pomysłu „państwowego Tindera”. Wbrew pozorom to nie ludzie mają interes w tym, aby żyć w trwałych parach – duża część deklaruje, że chciałaby stworzyć poważny związek, ale z kilku powodów wygodne jest życie solo. Zastanówmy się nad tym, w czyim więc interesie są trwałe relacje – takie miasto jak Warszawa powinno być zainteresowane wzrostem dzietności. 

Rozmówca

Tomasz Szlendak

profesor, socjolog, dyrektor Interdyscyplinarnej Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zajmuje się badaniem przemian obyczajowości, relacjami między kobietami i mężczyznami oraz polityką kulturalną. Zasiada w Radzie Doskonałości Naukowej. Laureat stypendium tygodnika „Polityka”, odznaczony medalem „Zasłużony kulturze Gloria Artis”, wyróżniony Nagrodą Cyceron przyznawaną przez Stowarzyszenie Profesjonalnych Mówczyń i Mówców. Opublikował dotąd kilkanaście książek, w tym doktorat o miłości, kryminał retro i „Miłość nie istnieje” (Znak, 2025)