Hans Killian nazywany jest ojcem niemieckiej anestezjologii. Niewykluczone, że nazywający go tak nawet nie wiedzą, że ma on długą kartę wojenną, służył bowiem w Wehrmachcie podczas inwazji na Związek Sowiecki jako chirurg–konsultant 16. Armii gen. Buscha. Swoje doświadczenia z tego okresu zawarł w pamiętnikach o tytule „Chirurg na wojnie. Zapiski z piekła frontu wschodniego” i trzeba przyznać, że podczas lektury przekonujemy się o trafności podtytułu.
Na kolejnych stronach opisana jest walka Killiana o ocalenie zdrowia i życia jak największej liczby niemieckich żołnierzy. Co paradoksalne, nie przed Sowietami. Podczas lektury nie możemy się pozbyć wrażenia, że autor milcząco zaakceptował i rozumie prawo do obrony własnego terytorium przez Związek Sowiecki. To, co go oburza i przeciw czemu walczy, to głównie indolencja własnego dowództwa, inercja biurokracji i głupota decydentów. Charakterystyczny jest fragment, gdy odkrywa, że z braku drutu Kirschnera placówki polowe nie mogą prawidłowo składać złamanych rąk, rzeczonego drutu brakuje zaś, ponieważ nikt nie pomyślał, by go dostarczyć do tych placówek. Na kolejnych kartach daje się wyczuć echo furii, w jaką musiał wpaść dokto, miotający się po zdobycznych magazynach celem znalezienia potrzebnych materiałów.