Wielkie poruszenie wywołał pokazany kilka dni temu na antenie TVN reportaż na temat polskich rzeźni, w których na masową skalę zabija się chore krowy. W ramach dziennikarskiego śledztwa jeden z reporterów "Superwizjera" zatrudnił się w ubojni, do której trafiało chore bydło. Z programu wynika, że jedząc mięso takich zwierząt narażamy zdrowie i życie.

Po emisji reportażu Główny Lekarz Weterynarii wydał komunikat, w którym poinformował, że „zarządził niezwłoczne przeprowadzenie kontroli na terenie Polski przez podległe mu organy Inspekcji Weterynaryjnej”. Przypomina jednak, że „odpowiedzialność za bezpieczeństwo żywności oraz zachowanie warunków humanitarnego uboju zwierząt należy do obowiązków przedsiębiorstwa sektora spożywczego”.

"Minister rolnictwa powinien nagrodzić dziennikarzy, którzy ujawnili proceder uboju chorych krów. I zastanowić się, dlaczego nie wykryły tego podległe mu służby" - pisze Krzysztof Adam Kowalczyk.

Jedynie 17 proc. badanych ma zaufanie do jakości nadzoru nad ubojem mięsa w Polsce. Ponad połowa nie ma takiego zaufania, a zdania w tej kwestii nie ma 30 proc. ankietowanych.

- Częściej brak zaufania wykazują kobiety (57 proc.), osoby w wieku 35-49 lat (56 proc.) oraz badani o wykształceniu podstawowym/ gimnazjalnym (59 proc.). Tego zdania są też częściej respondenci o dochodzie netto poniżej 1000 zł (59 proc.) oraz badani z miast 100-499 tys. mieszkańców (56 proc.) - zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.

W krajach bałtyckich reportaż „Superwzjera” wzbudził trwogę. Nie tylko bestialski sposób traktowania zwierząt, ale też wymuszanie na pracownikach uznania, wbrew przepisom, zwierząt jako zdrowych, stawianie przez nich (zamiast przez weterynarzy) znaków potwierdzających przydatność do spożycia, odbiły się głośnym echem w Estonii, Finlandii, na Wyspach Brytyjskich.