Politycy Platformy Obywatelskiej zapowiedzieli, że od przyszłego roku pobór do armii zniknie. – W 2009 roku poboru w Polsce już nie będzie. Oznacza to, że z dniem 1 stycznia 2010 roku w polskich koszarach nie będzie już żadnego żołnierza służby zasadniczej – zapowiadał premier Donald Tusk na początku sierpnia w Krakowie.
Wcześniej tak samo twierdził minister obrony Bogdan Klich. Wygląda jednak na to, że politycy używali zwrotu „pobór” w złym znaczeniu.
– Pobór i powołanie do armii to są dwie różne sprawy – wyjaśnia gen. Stanisław Koziej, były wiceminister obrony. – Pobór to po prostu rejestracja osób, na których ciąży obowiązek służby wojskowej. One wcale nie muszą być powołane do służby – podkreśla.
Taką ewidencję na podstawie ustawy z 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej przygotowuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Pobór to po prostu rejestracja osób, które wcale nie muszą być powołane- Generał Stanisław Koziej, były wiceminister obrony
Co roku powstaje tam projekt rozporządzenia, który określa, jakie roczniki i kiedy muszą się stawić w wojewódzkich komendach uzupełnień. Tym razem dokument zakłada, że na wiosnę komisje wojskowe będą musieli odwiedzić mężczyźni urodzeni w 1990 roku i kobiety urodzone w latach 1981 – 1991. Nie oznacza to, że zostaną oni wcieleni do wojska.
Rozporządzenie musi przejść przez konsultacje w resorcie obrony. – Jeszcze do nas nie trafiło – zastrzega Robert Rochowicz, rzecznik prasowy MON.
Następnie dokument powinien przyjąć rząd. Czy tak się stanie? – Sądzę, że tak. Na razie nie ma innego sposobu ewidencjonowania osób w wieku poborowym, a państwo nie może sobie pozwolić na lukę – ocenia gen. Koziej.
Chodzi o to, by w razie wojny lub innego zagrożenia władze miały wiedzę o tym, kogo mogą powołać do służby wojskowej.
W MON i w Sztabie Generalnym trwają prace nad projektem elektronicznej ewidencji takich osób. Nie wiadomo, kiedy będzie gotowy. Na razie więc młodzi ludzie w tzw. wieku poborowym muszą się liczyć z wezwaniem przed komisje poborowe.
Pojawia się też pytanie, czy po badaniach w WKU te osoby mogą dostać wezwania do armii. – Gdyby tak się stało, byłaby to ogromna kompromitacja rządu. Nawet jeśli zabraknie ochotników do armii zawodowej, jestem przekonany, że władze nie zdecydują się uzupełnić braków przymusowymi wcieleniami do armii – mówi gen. Koziej.