Wiele emocji wywołało ostatnio kilka wypowiedzi polityków prawicy, którzy skrytykowali używanie w podręcznikach szkolnych sformułowania „prawa zwierząt". – Użyte przez autorów pojęcie „prawa zwierząt" nie występuje w naukach prawnych. Jest ono związane jedynie ze sferą wyobrażeń ideologicznych – skwitował wiceszef Ministerstwa Edukacji Narodowej Tomasz Rzymkowski, przyznając, że takie sformułowania książkowe go zbulwersowały. Podmiotem prawa jest człowiek i ma obowiązki wobec zwierząt, ale nie ma praw zwierząt – wsparł go jego szef, minister edukacji Przemysław Czarnek.

Ciekawe jednak, jak swoje naukowe spojrzenie profesor zamierza przedstawić dzieciom. Czy wytłumaczy, że pod prawami zwierząt nie ukrywa się intencja zaszczepienia szacunku, empatii do nich, tylko jakiejś podstępnej nieokreślonej ideologii? Wydaje mi się, że dla ministra ta sprawa może być karkołomna. Również argumenty, że mówienie o „prawach zwierząt" jest wymysłem współczesnych, w domyśle „lewackich", ideologii, nie wytrzymuje próby. Dyskusja o ich podmiotowości, relacji z człowiekiem, a nawet statusie moralnym, trwa od wieków, i nigdy od czasów Arystotelesa nie była obojętna filozofom.

Czytaj też:

Zastępca RPO reaguje na słowa Rzymkowskiego ws. praw zwierząt

A co na to wszystko pies

O prawach zwierząt i konieczności ich ochrony mówił dość wyraźnie już John Locke w XVII wieku. Jego filozofia stała się zresztą podstawą do wprowadzania specjalnych praw przez brytyjski parlament wiek później. Za okrutne traktowanie zwierząt groziła wtedy kara do trzech lat więzienia. Podobne prawa, oparte na podstawach moralnych, w tym samym czasie obowiązywały w USA i pozwalały karać poganiaczy bydła. Uformowało się też bardzo bogate orzecznictwo. W Polsce podobne prawa wprowadzono w międzywojniu. Jeszcze wyraźniej podmiotowość moralną zwierząt zaznaczał Jeremy Bentham. Filozof ten kryterium utylitaryzmu uczynił podstawą odróżniania dobra od zła.

Oczywiście otwarte dyskusje powinny się toczyć w najtrudniejszych sprawach. Mam jednak wrażenie, że doszliśmy do momentu cywilizacyjnego, w którym pewne podejście do braci mniejszych jest oczywiste i nie podlega żadnym sporom. Definiowanie tych bezdyskusyjnie słusznych odruchów czy postaw jako ideologii jest szkodliwe, tym bardziej gdy tak podchodzą do tego ludzie odpowiedzialni za polskie szkoły. Dużo jest w ideologiach pokus, również w lewicowych, o których wspominają, kwestie praw zwierząt jednak należy z tego wyłączyć. Harwardzka filozof Christine Korsgaard o relacjach człowiek–zwierzę (dość wnikliwie analizuje jej poglądy m.in. prof. Tomasz Pietrzykowski) mówi tak: „Empatia pozwala człowiekowi dostrzec, że zwierzęta – niezależnie od różnic (...) – podobnie jak on dążą do nich poprzez świadomie przeżywane pragnienia i obawy, przyjemności, cierpienia i emocje.

Rozum pozwala natomiast człowiekowi na wyprowadzenie wynikających z tego konsekwencji moralnych (w tym obowiązków wynikających z tej przewagi). Niezdolność do ich dostrzeżenia świadczy o niedostatku właśnie tej rozumności (...)".

Coraz lepiej rozumieją to podejście sądy, podchodząc do przepisów chroniących zwierzęta w stanowczy, niezmącony ideologią sposób.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Zapraszam do lektury najnowszego dodatku "Sądy i prokuratura".