Oglądamy najbardziej zmysłową blondynę Ameryki w najsłynniejszych ujęciach, wśród nich – z podwianą do góry plisowaną spódnicą. Ale malarz inspirował się nie tylko filmem “Słomiany wdowiec” (1955 rok!).

Przede wszystkim Stroka wziął na tapetę “ostatnią sesję” Marilyn Monroe wykonaną w hotelu Bel-Air. Sylwetka nagiej gwiazdy jest doskonale widoczna za półprzezroczystymi tkaninami. Najwięcej seksapilu emanuje z niej wtedy, gdy się… nie stara. Kiedy siedzi w za dużym męskim swetrze, naciąga na oczy kapelusz, krzywi buzię, nie kryje wieku ani stanu lekkiego upojenia. Jest sobą.

Za obiektywem stał wtedy Bert Stern, fotograf “Vogue’a”. Stern nie krył, że zawsze miał ochotę na zdjęcia Monroe w negliżu. Przyniósł więc kilka szyfonowych szali i trochę biżuterii. Zamówił trzy butelki Dom Perignon. Dama zjawiła się z ponadpięciogodzinnym opóźnieniem.

Po kilku tygodniach odbyła się kolejna sesja. W sumie Stern wypstrykał ponad dwa i pół tysiąca klatek. Było wesoło, seksbomba popijała szampana, bez oporów się roznegliżowała, przybierała rozkoszne, swobodne pozy. Sześć tygodni później nie żyła. Kto by tego nie znał. A kto by nie chciał zobaczyć… Stern długo był dyskretny. Dopiero w 1982 roku opublikował album “The Last Sitting”.

David Lachapelle, kultowy (obecnie) fotograf mody i nie tylko mody, zainspirował się serią fotek, które okazały się pożegnalnymi w życiu gwiazdy. Ożywił śpiącą królewnę. W teledysku pod muzykę przeboju Eltona Johna “Candle in The Wind” w postać Marilyn wcieliła się aktorka Susan Griffiths. Myślałam, że śnię, kiedy to zobaczyłam na YouTube. Zresztą nie tylko ona stylizowała się na mistrzynię.

Rok temu w roli MM wystąpiła Lindsay Lohan, a autorem fotek był… ten sam Bert Stern. Po 46 latach powtórzył sytuację, tym razem na bohaterkę wybierając księżniczkę tabloidów.

[i]“Marilyn Monroe”, Andrzej Stroka, Galeria, Centrum Olimpijskie, Warszawa, Wybrzeże Gdyńskie 4, wystawa czynna od piątku (13.11) do piątku (4.12).[/i]