Pamiętam rozmowę, którą odbyłem przed ponad dziesięcioma laty w Radio Białystok, gdy rozpoczynał się atak partii przejmującej wówczas władzę na wymiar sprawiedliwości.

Dziennikarz pytał, czy jako adwokat uczestniczyłem w sprawie, w której orzeczony wyrok uważałbym za skrajnie niesprawiedliwy. Uznałem, że pominę procesy, które toczyły się jeszcze w komunistycznym państwie i skupiłem się na tych, które zapadały w okresie demokracji.

Długo wytężałem pamięć, ale nie mogłem sobie niczego takiego przypomnieć. Bywały wyroki, z którymi się nie zgadzałem, w których mogło dojść do błędnych ocen stanu faktycznego albo wadliwego zastosowania prawa, ale nie mogłem sobie przypomnieć wyroku kończącego sprawę, który uznałbym za skrajnie niesprawiedliwy.

Były instancyjne orzeczenia oderwane przy ustalaniu stanu faktycznego od logicznej rzeczywistości, jak również takie, w których oceny prawne były dalekie od kanonów, których uczą na uniwersytetach, jednak każde z nich było reformowane bądź w wyniku apelacji bądź nadzwyczajnego środka zaskarżenia.

Czytaj więcej

Jacek Dubois: Do prokuratora Krzysztofa Parchimowicza

Dlatego mogłem uważać się za szczęściarza, który nigdy nie przeżywał kryzysu egzystencjalnego po konfrontacji z praktyką wymiaru sprawiedliwości. Piszę o tym, bo podobne pytanie zadał mi dziennikarz dziesięć lat później.

Gdy zacząłem wymieniać sprawy, o które pytał, okazało się, że brakuje mi palców dla ich wyliczenia.

W dziesięć lat przynajmniej z mojego punktu widzenia nastąpiła radykalna zmiana w wymiarze sprawiedliwości. Wyroki, które kiedyś dla prawnika dokonującego obiektywnej analizy bywały oczywiście z pewnym marginesem błędu przewidywalne, teraz takimi być przestały.

Zacząłem zastanawiać się nad przyczyną tego, z góry odrzucając teorie o odpowiedzialności za taki stan rzeczy neosędziów, bo tej zmiany nie łączę tylko ze sposobem powoływania sędziów.

Czy jako prawnicy mamy dawać prymat prawu czy sprawiedliwości?

Bardziej dostrzegam przyczyny w pogłębiającym się kryzysie wartości i autorytetów, który przeniknął również do sądownictwa. Ten kryzys skutkował tym, że jako prawnicy coraz częściej mamy rozbieżne opinie, czy mamy dawać prymat prawu czy sprawiedliwości.

Idealna sytuacja byłaby wtedy, gdyby te słowa pokrywały się znaczeniowo, jednak świat nie jest idealny i w praktyce bardzo często te pojęcia się rozmijają.

Prawo nie zawsze bywa sprawiedliwe, czego konsekwencją jest, że sprawiedliwości często nie można odnaleźć w regułach.

Prawo to zbiór obowiązujących norm, a sprawiedliwość to pojęcie etyczne określające uczciwe postępowanie. I marzeniem każdego społeczeństwa byłoby osiągnięcie takiego stanu.

Jednak prawo jako zbiór reguł, które, mając zapewnić sprawiedliwość w pewnych przypadkach może doprowadzić do społecznego poczucia niesprawiedliwości wynikającego z faktu, że reguły mające gwarantować sprawiedliwość zostały zastosowane.

Przykładowo zasada, zgodnie z którą wszelkie wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego, ma być gwarantem sprawiedliwego rozwiązania polegającego na tym, że nigdy nie dojdzie do skazania niewinnego. Jednak zastosowanie tej zasady w sytuacji, gdy opinia publiczna jest przekonana o winie oskarżonego, będzie prowadzić do przekonania o niesprawiedliwości orzeczenia.

Pojęcie sprawiedliwości nawet wśród sędziów ma charakter subiektywny, co powoduje, że dla każdego może znaczyć coś innego. Natomiast same reguły są bardziej wymierne i są gwarantem, że wobec każdego będą stosowane te same zasady.

Dlatego w realnie demokratycznym państwie dla prawnika w konfrontacji prawa ze sprawiedliwością powinno wygrywać prawo, czyli zbiór reguł, bowiem odejście od nich zamieni wymiar sprawiedliwości w wolną amerykankę. Pozbawi go funkcjonowania w sposób logiczny i spójny.

Nawet jeśli w niektórych sprawach wyroki na pierwszy rzut oka mogą wydawać się niesprawiedliwe, w istocie sprawiedliwymi będą, jeśli będą wynikiem stosowania reguł.

Strażnikami zaś priorytetu demokratycznego prawa miały być autorytety sądów wyższej instancji i jednolitość linii orzeczniczej.

I mam wrażenie, że tu się coś zaczęło psuć. W jednej ze spraw, gdy powołałem się na ugruntowane orzecznictwo Sądu Najwyższego, sędzia rejonowy, orzekając odmiennie, stwierdził, że on uważa inaczej.

Zdecydowało zatem jego subiektywne poczucie sprawiedliwości. Jednak nie miało ono wiele wspólnego z prawem, które linią orzeczniczą sądów wyższej instancji ukształtowane było odmiennie.

Pojęcie sprawiedliwości nawet wśród sędziów ma charakter subiektywny, co powoduje, że dla każdego może znaczyć coś innego

Szacunek dla autorytetu kiedyś nie pozwalał na taką dowolność i odstępstwo od reguł. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że reguły i autorytety stojące na ich straży tracą znaczenie, zastępowane przez indywidualne przekonanie każdego z sędziów.

Konsekwencją tego jest taka, że jeśli sąd jest subiektywnie przekonany, że ktoś jest winien, a skazanie oskarżonego uważa za sprawiedliwe, to reguła nakazująca rozstrzyganie wszelkich wątpliwości na korzyść oskarżonego zaczyna nabywać nowego, mocno organicznego wymiaru, zaś przepisy prawa materialnego również w miejsce swej niewzruszalności nabierają gumowego charakteru.

Jeśli cel, czyli indywidualne poczucie sprawiedliwości, jest sytuowany ponad prawem, reguły stają się drugoplanowe, a w konsekwencji orzecznictwo coraz mniej przewidywalne.

Czytaj więcej

Jacek Dubois: Adwokat nie wybiera klientów pod kątem ich poglądów czy charakteru zarzutów

Niedawno uczestniczyłem w rozprawie, w której zapadłe orzeczenie na pewno zaspokoiło poczucie sprawiedliwości zebranej widowni. Jednak nie miało ono nic wspólnego z prawem, bo było z nim po prostu sprzeczne. Chcąc wydać „sprawiedliwe” orzeczenie, sąd odszedł od reguł, które miały być gwarancjami oskarżonego. Tylko pytanie, czy sprawiedliwość wynikająca z bezprawia można nazywać jeszcze sprawiedliwością?

Prawo nigdy nie będzie doskonałe, ale jeśli zgodzimy się, że każdy sędzia może zastąpić obowiązujące reguły własnym poczuciem sprawiedliwości, przestaniemy mieć pewność państwa prawa. O wyniku sprawy nie będzie decydować prawo, tylko człowiek z całym bagażem swoich przekonań, uprzedzeń i emocji. A przed tym prawo powinno nas też chronić.

Autor jest adwokatem, sędzią Trybunału Stanu