Są takie momenty, kiedy człowiek zaczyna podejrzewać, że największym problemem współczesnego świata nie są wojny czy zmiany klimatu, ale to, że ktoś chce nam zabrać kotleta (mięsnego, żeby było jasne).

Czytając wpisy na X niektórych użytkowników dotyczące tzw. diety planetarnej, łapałam się za głowę. Dla tych z państwa, którzy nie wiedzą: od 1 września br. w szkołach i przedszkolach obowiązuje tzw. rozporządzenie sklepikowe, które zakłada, że w jadłospisach tych placówek dzieci znajdą więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, a mniej mięsa. Taki sposób odżywiania nazywany jest właśnie dietą planetarną. I się zaczęło.

Czytaj więcej:

Kadry i Płace Paulina Szewioła: Niedoskonała, ale potrzebna procedura od GIP

Pro

Politycy o diecie planetarnej

Były premier Mateusz Morawiecki na swoim profilu na X pisze: „Roślinna szkoła... zamiast schabowego dzieci dostaną sojowego. Opamiętajcie się!”. A w nagraniu umieszczonym pod tym wpisem dodał: „Najpierw straszą, że dieta mięsna zabija planetę, a potem każą dzieciom jeść fasolę z kaszą. Dość tych szaleństw ideologicznych” – dodał.

Z kolei Patryk Jaki, europarlamentarzysta, w nagraniu udostępnionym na Facebooku nazywa dietę planetarną eksperymentem na dzieciach.

Spokojnie, panowie politycy. Jako osoba, która mięso ogranicza od wielu lat, mogę zapewnić, że nie jem wyłącznie liści sałaty popijanych wodą po gotowaniu brokułów. I dzieci w szkołach również nie będą do tego zmuszone.

Chodzi raczej o zmianę proporcji: mniej tego, czego już dziś jemy zdecydowanie za dużo (mięsa i produktów przetworzonych), i więcej tego, czego na naszych talerzach często brakuje (warzyw, roślin strączkowych i produktów pełnoziarnistych).

I szczerze, jak przeglądam niektóre udostępnione publicznie jadłospisy, to ślinka mi cieknie.

Czytaj więcej

Paulina Szewioła: Za hajs publiczny baluj. Skolim powinien nas czegoś nauczyć

Obawy rodziców odnośnie do nowych jadłospisów 

Rozumiem oczywiście obawy rodziców, że dzieciom niektóre potrawy mogą po prostu nie smakować. Ale tak może być także w przypadku potraw bazujących na produktach odzwierzęcych. Sama jako dziecko zajadałam się kotletami jajecznymi, nienawidząc przy tym wątróbki. I tutaj jest właśnie klucz. Żeby najmłodsi chcieli coś jeść, to musi być po prostu… smaczne. Tyle. Dziecko, widząc kotleta z ciecierzycy, nie myśli, że jest indoktrynowane.

Nie rozumiem zresztą tej osobliwej skłonności do traktowania wszystkiego w kategoriach ideologii. Tak było z edukacją zdrowotną, tak jest z dietą w szkołach. Kiedy ktoś mówi: „warto ograniczyć mięso”, niektórzy słyszą: „będą wam zakazywać mięsa”. Kiedy ktoś mówi: „jedzmy więcej warzyw”, odbierają: „ktoś będzie decydował, co macie na talerzu”.

I zamiast spokojnie rozmawiać o tym, co jemy, ile jemy i jakie mogą być konsekwencje naszego sposobu odżywiania, urządzamy kolejną wojnę kulturową.

Dieta nie jest ideologią. Koniec kropka.