O nowej rzeczywistości w naukach prawnych, której prawnicy nie chcą dostrzegać, a powinni
Kilka miesięcy temu na łamach „Gazety Wyborczej” znany prawnik, komentator i wykładowca akademicki prof. Marcin Matczak ubolewał nad tym, że prawnicy przestali być „strażnikami reguł” w państwie, a stali się „żołnierzami w walce o tożsamość ideową Polski”. Sam w geście deklarowanego protestu obwieścił, że wypisuje się z takiego ujmowania wykonywanego zawodu, jednocześnie zauważając, że prawu powinno przywrócić się funkcję kontrolną i ograniczającą władzę publiczną, a nie bycie instrumentem w walce tożsamościowej czy politycznej. Panie Profesorze, deklaruje Pan idealistyczne przekonanie, które dzisiaj nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. I trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – w najbliższym czasie nie będzie lepiej!
Czytaj więcej
Co decyduje o tym, że jednemu prawnikowi klient chce powierzyć prowadzenie życiowej sprawy, a z drugim unika każdej formy kontaktu?
Liberalna demokracja w odwrocie
Zanim posypią się na mnie gromy za rzekomy atak na środowisko prawnicze, do którego z dumą należę, jedno wyjaśnienie: cały ten tekst nie wyraża afirmacji dostrzeganej zmiany w pryncypiach prawniczej sztuki, ale stanowi diagnozę bazującą na obserwacji procesów zachodzących w ostatnich latach na gruncie nauk prawnych nie tylko w Polsce, ale i na świecie. I nie jest to rozpoznanie nowe, bowiem podobne dylematy, wątpliwości i nurty w naukach prawnych znane były wielokrotnie w europejskich elitach prawniczych w momentach przełomowych, szczególnie drastycznie w latach 20. i 30. XX wieku.
Zacznijmy od pierwszej zasadniczej konstatacji – żyjemy w okresie przejściowym, w którym widoczne są zmiany tożsamościowe kręgu cywilizacyjnego określonego mianem Zachodu. Dla rosnącej liczby obserwatorów demokracja liberalna nie tylko nie jest już ustrojem idealnym czy antidotum na wszelkie bolączki świata, jak wieścił prawie 40 lat temu Francis Fukuyama. Jako idea, mimo zwycięstwa nad komunizmem, uległa degeneracji, stając się swą własną karykaturą, która jest coraz powszechniej odrzucana przez społeczeństwa.
Amerykański filozof polityki Patrick Deneen w arcyważnej książce polecanej zresztą przez Baracka Obamę, pt. „Dlaczego liberalizm zawiódł?” pisał: „Koniec liberalizmu jest na wyciągnięcie ręki. (…) Gdy stał się w pełni sobą, okazało się, że gwałtowność i skala tworzonych przez niego patologii przewyższają możliwości produkcyjne plastrów i masek potrzebnych, by te patologie ukryć”.
Peter Turchin, z wykształcenia biolog, choć słynący z prac poświęconych ewolucji społecznej i kulturowej, w 2023 r. opublikował wynik swoich wieloletnich prac nad cyklami zmian społeczno-politycznych w książce pod znamiennym tytułem: „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i polityczna dezintegracja”. Wyniki jego badań są jednoznaczne: efekt tzw. nadprodukcji elit, ubożenie społeczeństw, brak poczucia stabilności oraz zaspokojenia rozbudzonych potrzeb ludzkich, doprowadzają do matematycznie obliczonej i przewidywalnej zmiany politycznej, która właśnie dzieje się na naszych oczach. To tzw. kontrelity wychodzą naprzeciw oczekiwaniom społeczeństw Zachodu, przyjmując rolę orędowników ich interesów.
Czytaj więcej
Demokracja w Polsce upadnie. Na dłuższą metę nie może istnieć system polityczny, który nie zabezpiecza podstaw swego istnienia.
I jest to proces nieubłagany. Wystarczy zobaczyć ulice wielu europejskich stolic oraz realny problem z brakiem bezpieczeństwa wynikającym z nieograniczonej migracji przybyszów z innych kultur, aby uzmysłowić sobie, dlaczego coraz częściej wyborcy oddają głos na brytyjską Reform UK, hiszpański VOX, portugalską partię Chega (pol. Dosyć!), francuskie Zjednoczenie Narodowe czy niemiecką AfD.
Gdy dodamy do tego jeszcze ubożenie społeczeństwa, ogromne obciążenia socjalne, kryzys tożsamościowy Europy, nietransparentne zaangażowanie struktur określanych mianem deep state oraz sądów, które tłamszą społeczny bunt wobec problemów (wyraźnie widoczne np. w Wielkiej Brytanii), a także dotkliwie odczuwany deficyt społecznej sprawiedliwości, to mamy do czynienia z prądem zmian, którego nie da się zatrzymać. Skoro hobbesowski Lewiatan nie zapewnia społeczeństwom podstawowego celu, jakim jest bezpieczeństwo, umowa społeczna przestaje obowiązywać i całą wspólnotę polityczną należy ułożyć na nowo.
Sposób na utrzymanie władzy
Reakcja tzw. liberalno-lewicowych elit panujących w polityce i stanowiących jej przedłużenie w mediach stanowi oczywistą reakcję na obserwowane wzmożenie społeczne zagrażające ich interesom. W 1995 r. to zjawisko opisywał już amerykański historyk i krytyk społeczny Christopher Lasch w książce „Rewolucja elit i zdrada Demokracji”.
Naturalnym i pierwszym odruchem – po początkowym odrzuceniu myśli o nadchodzących problemach – jest zmiana języka, którym opisujemy rzeczywistość i dzielimy świat na tych złych i tych dobrych. Mamy oczywiście obóz dobrych, czyli tzw. demokratów, Europejczyków, ludzi postępu oraz tych, z którymi tzw. elita walczy: populistów, faszystów, nacjonalistów, dyktatorów czy autokratów. Przecież nie bez przyczyny ceniona wśród elit amerykańskiej Partii Demokratycznej Anne Applebaum zatytułowała jedną ze swoich ostatnich książek „Koncern Autokracja. Dyktatorzy, którzy chcą rządzić światem”. Do miana owych dyktatorów czy autokratów należy oczywiście każdy, kto próbuje zagrozić panowaniu establishmentu liberalno-lewicowych elit, a dla Anne Applebaum klasycznym tego uosobieniem jest wybrany dwukrotnie w demokratycznych wyborach Donald Trump.
Zmiana języka ułatwia prowadzenie narracji – skoro bronimy dobra, to musimy je jakoś nazwać w dyskursie publicznym. Może to być np. klasyczna dla liberałów wolność albo bardziej powszechna i zrozumiała demokracja (vide np. Komitet Obrony Demokracji). W dyskursie angażującym prawo mówi się o przywróceniu/obronie praworządności, obronie wartości europejskich, w szczególności zwracając uwagę na art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej, albo o prawach człowieka.
Te ostatnie są też rozumiane specyficznie i utożsamia się je z realizacją postulatów radykalnej lewicy, bo już do takich praw nie zalicza się np. prawa do życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci.
Reprezentanci zagrożonego porządku, którzy dążą do zagwarantowania sobie wpływu na decyzje polityczne w państwie pomimo coraz bardziej prawdopodobnego odrzucenia monopolu ich władzy, podejmują wszelkie możliwe działania, aby ją utrzymać. Czynią to oczywiście w imię wzniosłych i wyżej określonych haseł. Polityczny lider obozu obrony liberalno-demokratycznego establishmentu, jakim jest niewątpliwie Donald Tusk, w trakcie spotkania z przedstawicielami środowisk prawniczych we wrześniu 2024 r. mówił:
„Jeśli chcemy przywracać ład konstytucyjny, fundamenty liberalnej demokracji, to napotykamy każdego dnia na sytuacje, w których dysponujemy narzędziami, które nie dają możliwości naprawy rzeczywistości. (…) Mamy dzisiaj potrzebę działania w kategoriach demokracji walczącej. Pewnie nieraz jeszcze popełnimy błędy albo czyny, które według niektórych autorytetów prawnych będą niezgodne albo nie do końca zgodne z zapisami prawa, ale nic nie zwalnia nas z działania każdego dnia”.
Czytaj więcej
Co sprawia, że Tusk może robić, co chce, i Kaczyński też. Prawda o polskiej inteligencji jest taka, że warstwa, która w swojej intencji miała dodaw...
Koalicje kordonowe
Broniący status quo tworzą najbardziej nawet destrukcyjne dla państw koalicje kordonowe (nawet ze skrajną prorosyjską i antynatowską lewicą, jak we Francji), unieważniają wybory pod różnymi pozorami (jak w Rumunii), wykluczają kandydatów z procesu wyborczego (w 2025 r. uczyniły tak dwa niemieckie sądy administracyjne z uwagi na poglądy kandydatów dotyczące reemigracji), uchwalają specjalne przepisy karne, aby uniemożliwić popularnym kandydatom start w wyborach jeszcze przed prawomocnym skazaniem (casus Marine Le Pen), czy pozbawiają izolowane partie polityczne środków finansowych (np. VOX w Hiszpanii lub PiS w Polsce).
Nierzadko angażuje się służby do pacyfikowania tych, których uzna się za zagrożenie dla demokracji liberalnej (wycieki informacji z ankiety informacyjnej Karola Nawrockiego w kampanii wyborczej 2025 r.), uniemożliwia korzystanie z wolności zgromadzeń (historia Marszu Niepodległości), jak również postuluje delegalizację organizacji społecznych czy politycznych.
Ostatnim pomysłem jest wprowadzenie de facto cenzury mediów społecznościowych (najlepiej na szczeblu ponadnarodowym). Dla celów politycznych kreuje się nowe zagrożenia, takie jak dezinformacja, walka z którą okazuje się służyć konkretnym interesom politycznym (o tym, co jest dezinformacją decydują środowiska powiązane z liberalno-demokratycznym establishmentem). Efekt tego wszystkiego jest przygnębiający: demokracja liberalna przestała być ustrojem, który szanuje głos każdego obywatela i zabezpiecza przed arbitralnością władzy, a stała się właśnie dla establishmentowych środowisk politycznych narzędziem jej utrzymania. Demokracja liberalna ma coraz mniej wspólnego z demokracją i coraz mniej z wolnością.
Skoro lewicowo-liberalnym środowiskom politycznym coraz dalej do poddania się werdyktowi wyborczemu społeczeństwa, powracają pomysły liberałów klasycznych, którzy demokracją pogardzali albo się jej obawiali. Amerykański komentator Jason Brennan w książce „Against Democracy”, wydanej po wygranej Donalda Trumpa w wyborach w 2016 r., postulował zniesienie demokracji i zastąpienie jej epistokracją, tj. rządami elity mającej sprawdzoną i potwierdzoną wiedzę, aby skutecznie rządzić nowoczesnym i liberalnym porządkiem społecznym.
Czytaj więcej
Etatyzm i wolne wybory – oto dwie rzeczy, których współżycie jest niemożliwe – pisał pod koniec wojny z emigracji Stanisław Mackiewicz. Dobro państ...
Podobne zdanie wyrażali sympatyzujący z libertarianizmem Bryan Caplan czy Damon Root, powracający do znanych postulatów formułowanych przed II wojną światową np. przez Waltera J. Sheparda – prezesa American Political Science Association.
Całość diagnozy obecnej sytuacji polityczno-społecznej prowadzi do wniosku, że żyjemy już w innym momencie niż jeszcze 10-15 lat temu. W amerykańskiej myśli politycznej grupa skupiona wobec wspominanego Patricka Deneena, konstytucjonalisty oraz twórcy tzw. konstytucjonalizmu dobra wspólnego Adriana Vermule’a, politologa Gladdena Pappina czy teologa Chada Pecknolda wzywa do stworzenia alternatywnego porządku społeczno-politycznego określanego mianem porządku poliberalnego (postliberal order). Oczywiście poszukiwania nowej formuły dla zorganizowania społeczeństw zachodnich trwają i wymagają również nowego sposobu opisania roli, jaką winni w tym procesie odegrać prawnicy.
Prawnik niezaangażowany odchodzi do lamusa
Prof. Marcin Matczak w swoim eseju daje wyraz przekonaniu właściwemu dla liberalnej demokracji, które dominowało w okresie jej świetności, że prawo jest nośnikiem pewnych ustalonych w umowie społecznej wartości i służy zabezpieczeniu jednostki przed arbitralnymi zakusami władzy.
Tak właśnie – afirmując demokrację liberalną – uczono nas prawników. Być może nie wyzbyliśmy się jeszcze charakterystycznego dla pozytywizmu prawniczego przekonania, że prawo to system reguł ustanowionych przez odpowiedni autorytet, a prawnik powinien podchodzić do ich poznawania w sposób apolityczny, oderwany od ideologii i obiektywny. W dyskusji na każdy temat zdecydowanie łatwiej posługiwać się argumentem z „naukowości” (cokolwiek rozumieć pod tym pojęciem), a prawnicy mają naturalną skłonność do posługiwania się argumentacją ad verecundiam – tak jest, bo jestem prawnikiem (wybitnym) i umiem interpretować prawo!, względnie: tak jest, bo inny prawnik (wybitny) tak uważa!
Czas prawników niezaangażowanych mija, a w okresie przejściowym nasila się traktowanie prawa jako instrumentu walki politycznej oraz sprawowania władzy, gdzie właśnie polityka czy ideologia odgrywa fundamentalną rolę
Ale nie łudźmy się, w okresie przejściowym, w którym określone środowiska polityczno-ideologiczne walczą o przetrwanie, podejmując coraz bardziej radykalne kroki wykraczające poza dotychczasowe ramy konstytucyjne, prawo coraz rzadziej okazuje się być nośnikiem uniwersalnych wartości, a prawnik obiektywnym ekspertem, który – jak ten botanik – tłumaczy opinii publicznej, jakie cechy osobnicze ma forsycja pośrednia, czy dlaczego nie wolno gołymi rękami dotykać tojada mocnego.
Czas prawników niezaangażowanych mija, a w okresie przejściowym nasila się traktowanie prawa jako instrumentu walki politycznej oraz sprawowania władzy, gdzie właśnie polityka czy ideologia odgrywa fundamentalną rolę. Piszący w połowie XVIII w. swoje „Wyznania” Jan Jakub Rousseau w pewnym momencie z rozbrajającą szczerością obwieścił: „Ujrzałem, iż wszystko wiąże się zasadniczo z polityką!”. Mógłby to napisać i dzisiaj. Najbardziej uczciwą dyscypliną w tym względzie jest chyba socjologia prawa. Jak zauważa prof. Andrzej Kojder i doc. Zbigniew Cywiński we wstępie do swojego słownika: „Polityczna, a także światopoglądowa i aksjologiczna neutralność w pozytywistyczny sposób rozumianego prawa jest fikcją, mitem upowszechnianym przez decydentów politycznych i pozostających w ich służbie – niekiedy w jednej osobie – jurystów i publicystów”.
Upadek autorytetów
Zadajmy sobie pytanie: czy tego nie widać gołym okiem? Czy prawnicy – często bardzo utytułowani – którzy od lat grzmieli o konieczności szacunku do konstytucji, wartości czy praworządności – dzisiaj nie widzą problemu, gdy miła im władza wykonawcza w najbardziej ewidentny sposób narusza przepisy?
Jak rozumieć to, że jeden ze znanych prawników jeszcze 10 lat temu na łamach prasy grzmiał o łamaniu konstytucji i publikował tłumaczony przez siebie wykład Gustava Radbrucha „5 minut z filozofii prawa”, a dzisiaj publicznie stwierdza, komentując oczywiście niezgodne z prawem konstytucyjnym wycofanie przez premiera kontrasygnaty: „W sprawie kontrasygnaty jestem po stronie Donalda Tuska. Wprawdzie nie potrafię jednoznacznie uzasadnić i wiem, że prawnie to słaby argument, ale po prostu czuję, że tego, zważywszy na cały kontekst sprawy, wymaga przyzwoitość”.
Czytaj więcej
- Mamy do czynienia z dużą liczbą terrorystów swobodnie przemieszczających się po Europie – mówi ekspert European Council for Foreign Relations Ant...
Czy nie dostrzegamy kompletnego upadku autorytetów prawniczych, które dzisiaj zostały wciągnięte do zaprzęgu ekspertów uzasadniających łamanie prawa przez władzę tylko i wyłącznie dlatego, że dotyczy to nielubianych przez nich polityków?
Jak rozumieć słowa jednego z byłych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, który w jednej z publikacji naukowych tuż przed przejęciem przez obecny rząd władzy, otwartym tekstem pisał, że rolą prawników jest wytworzenie nowej doktryny prawnej, aby uzasadnić zmiany dokonywane w celu przywracania praworządności, choć wiadomo jest, że nastąpią one bez podstawy ustawowej, a zatem z naruszeniem ustawy zasadniczej?
Czy nie budzi naszego sprzeciwu sytuacja, w której utytułowani profesorowie i sędziowie publicznie tłumaczą opinii publicznej, że marszałek Sejmu nie musi wcale zwoływać Zgromadzenia Narodowego, aby odebrać ślubowanie od wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta, choć kilka miesięcy wcześniej – gdy ostatecznie przegrany kandydat, z którym sympatyzowali wydawał się być pewnym zwycięzcą – namiętnie prezentowali pogląd przeciwny?
Dotychczasowych reguł nie ma
A co z sytuacją, w której jeden z profesorów publicznie pisze, że władza powinna w sprawie Trybunału Konstytucyjnego „iść na rympał” i stosować „metody niepraworządne”, a także, że wie lepiej niż organy Rady Europy, jaki jest zakres ochrony immunitetowej i że można zatrzymać posła, któremu przysługują gwarancje nietykalności?
O sprawiedliwości przejściowej (transitional justice), w której stosuje się specjalne metody postępowania względem politycznych wrogów zdefiniowanych jako populiści, pisał jeszcze jako prawnik akademicki Adam Bodnar krótko przed objęciem politycznej funkcji ministra sprawiedliwości w pracy poświęconej procesowi przywracania praworządności, a zatem – powiedzmy to wprost – przejmowania instytucji w państwie z rąk właśnie uprzednio zdefiniowanych populistów czy autokratów. A skoro jesteśmy w takim właśnie okresie „prz(y/e)wracania”, to dotychczasowych reguł nie ma. Trwają i będą trwać nieustanne zapasy prawników, którzy są i będą zaprzęgnięci w walkę o tożsamość konstytucyjną Polski. Stan ten będzie trwał do względnie trwałego przesilenia politycznego, w którym na nowo dojdzie do konsensusu politycznych elit (być może nowych?) obejmującego reguły funkcjonowania państwa.
To ponura i pesymistyczna wizja, ale trzeba ją wyrazić z brutalną szczerością. Będzie gorzej, a spór będzie się zaostrzał. Przed nami walka o rozumienie suwerenności państwa narodowego oraz zakresu władzy organów międzynarodowych (głównie Unii Europejskiej).
Demokracja liberalna, tracąca wpływy na szczeblu państwowym, głównie w organach Unii Europejskiej, widzi możliwość obrony status quo nawet kosztem wyraźnego odejścia od tekstu traktatów, które stanowią podstawę ich istnienia. Dysponując z jednej strony, udzielaną przez TSUE licencją na naruszanie traktatów i uzurpowanie sobie nowych kompetencji, z drugiej strony odmawia się państwom członkowskim możliwości odwoływania się do wyraźnie wyrażonej w Trakcie o UE tzw. tożsamości konstytucyjnej, i w ogóle odwoływania się do konstytucji krajowych tam, gdzie kolidowałoby to z interesami struktur unijnych.
Historyczne antecedencje
Aby jednak lepiej ocenić powagę wyzwań, z jakimi się mierzymy, należy uświadomić sobie, że obecny kryzys ma swoje historyczne antecedencje. Widać je wyraźnie w latach 20. i 30. XX wieku, kiedy przez Europę przetaczała się fala dezaprobaty dla demokracji wówczas nazywanej parlamentarną, a liberałów miano powszechnie dosyć w dobie problemów ekonomiczno-społecznych. Popularnością w środowiskach jurystów cieszyła się m.in. praca niemieckiego ekonomisty żydowskiego pochodzenia Moritza Juliusa Bonna pod wiele mówiącym tytułem „Die Krisis der europäischen Demokratie”. Opisujący w 1927 r. w pracy „Kościół, naród i państwo” odczucia społeczne na ziemiach polskich w czasie Wielkiej Wojny Roman Dmowski zaznaczał, że nadchodzącym zmianom w świecie towarzyszyło przekonanie o bankructwie Europy oraz upadku naszej cywilizacji.
Czytaj więcej
Wystarczyłoby uchwalić krótką, jednozdaniową wręcz ustawę, która potwierdzi ważność nominacji sędziowskich od 1990 r. do dziś i zakaże ich kwestion...
Wybitny polski prawnik Adolf Bocheński w kapitalnej pracy „Ustrój a racja stanu” przekonywał, że „bałwochwalcza zasada praworządności” nie tylko silnej i stabilnej władzy nie wzmacnia, ale wręcz ją często ogranicza ze szkodą dla państwa.
Wracający zaś dzisiaj do łask Carl Schmitt w książce „Legalność i prawomocność” pisanej w 1932 r., a zatem krótko przed dojściem do władzy przez narodowych socjalistów, z pewną irytacją dostrzegał, że w systemie parlamentarnym walki partyjne o władzę sprowadzały prawo oraz legalność do sposobu na założenie przeciwnikowi pętli na szyję. Nie ma przy tym jakiegokolwiek szacunku do konstytucji, a ona sama przestaje być nośnikiem wartości:
„(…) konstytucja rozpada się na sprzeczne składniki i możliwości wykładni i żadna normatywistyczna fikcja „jedności” nie przeszkodzi temu, że każda z walczących grup opanuje tę część konstytucji i te jej słowa, które uzna za najodpowiedniejsze do rzucenia na ziemię opozycyjnej partii także w imieniu konstytucji. Legalność, prawomocność i konstytucja nie przyczyniają się wtedy do zapobiegania wojnie domowej, lecz do jej zaostrzenia”.
Ten sam Carl Schmitt jeszcze w 1926 r. w pracy „Duchowa i historyczna sytuacja dzisiejszego parlamentaryzmu” pisał brutalnie:
„Wiara w parlamentaryzm, w rządzenie przez dyskusję, charakteryzuje świat myśli liberalnej. Niewiele ma natomiast wspólnego z demokracją. Liberalizm musi zostać oddzielony od demokracji”.
To, co wybrzmiewa z tekstów sprzed prawie wieku, czuć w powietrzu i dzisiaj. My – prawnicy – możemy zaklinać rzeczywistość i mówić, że wszystko jest tak, jak było. To jednak błąd. W dobie zaostrzającej się walki o wpływy oraz w obliczu istotnej zmiany paradygmatu i czekającego nas w tym zakresie przesilenia, jesteśmy zmuszeni do opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron oraz zajęcia jasnego stanowiska w kwestiach fundamentalnych dla kształtu naszego państwa i jego wizji w Europie czy świecie. Carl Schmitt wrócił politycznie do łask. Zacznijmy się zastanawiać, jak uniknąć katastrofalnych błędów, których nie ustrzegli się prawnicy wykonujący swój zawód sto lat temu. Być może w tym aspekcie będziemy potrafili wypracować konsensus i ustrzec się błędów, które tamci popełnili.
Autor jest doktorem nauk prawnych, adwokatem, członkiem Izby Adwokackiej w Warszawie