Casus belli dla Mateusza Morawieckiego w konfrontacji z Jarosławem Kaczyńskim było niewątpliwie mianowanie Przemysława Czarnka premierem in spe. W tym momencie zrozumiał on, że wobec ścigania się z Konfederacjami na radykalizm nie będzie w PiS miejsca dla niego i jego ludzi. Także po ewentualnym powrocie tej partii do władzy. Najlepszym, co w tym momencie mu pozostało, to pójście na swoje, ponieważ nie wierzył, że może wpłynąć na zmianę polityki swego ugrupowania.

Reklama
Reklama

Paradoksem pozostaje fakt, że jego odejście będzie skutkować tym, czego domagał się, jeszcze będąc w PiS. W obecnej sytuacji prezes tej formacji musi przestać halsować na prawo, ku Grzegorzowi Braunowi i Sławomirowi Mentzenowi, ale musi zacząć „centryzować”, by odebrać polityczny tlen nowej partii Morawieckiego, która sytuować się będzie właśnie na lewo od PiS, bliżej ideologicznego centrum.

Jakie będą silne strony Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego

Warto się zatem zastanowić nad przyszłością tego nowego podmiotu. Zacznijmy od wymienienia jego silnych stron. Po pierwsze, to liczebność rebeliantów. O ile PJN czy Solidarna Polska ledwo zdołały stworzyć kluby poselskie, bo liczyły tylko kilkanaście szabel w Sejmie (PJN dokładnie 15), o tyle za Morawieckim stoi blisko 40-osobowa grupa posłów i posłanek. To pozwala na poważną pracę w parlamencie bez strachu, że odejście jednej czy dwóch osób spowoduje likwidację klubu.

Czytaj więcej

„Realizujemy plan”. Wiemy, co Mateusz Morawiecki planuje na sierpień

Po drugie, ludziom z Rozwoju Plus sprzyja ogólna atmosfera pewnego przełomu. Ma się wrażenie, że coś wisi w powietrzu. I choć do końca duopolu PO–PiS jeszcze daleko, to jest on dziś słabszy niż w czasach, gdy o swoje przeżycie walczyły PJN i SP.

Jest wreszcie duża wartość nowego podmiotu w postaci jego lidera. Morawiecki jest lubiany przez dużą część prawicowych wyborców i kojarzy im się z czasami miłych im rządów PiS. Wydaje się, że na tej osobistej popularności byłego premiera można zbudować silną partię.

Jakie są słabe strony Mateusza Morawieckiego

No właśnie – wydaje się. I tu przechodzimy do słabości nowego projektu. Zaczynając od… jego szefa. Jest on o tyle lubiany przez część zwolenników prawicy, co znienawidzony wśród tych, którzy popierają obecną władzę. Dla tych drugich jest symbolem rządów Zjednoczonej Prawicy, które zakończyli masowym udziałem w ostatniej elekcji parlamentarnej. Nie ma takiej możliwości, by ci wyborcy nagle zapałali sympatią do premiera PiS, który firmował swoją twarzą wszelkie bezeceństwa poprzedniej władzy. Nikt nie czeka na skruszonych pisowców, co pokazały już losy Polski XXI, PJN i SP.

Po drugie, początkowe sondaże uwzględniające nową partię są dla niej alarmująco niskie – wahają się od 2 proc. do 7 proc. Gdy powstawały PJN i SP, badania opinii publicznej dawały im wyniki dwucyfrowe, a i tak w realnej konfrontacji wyborczej obie partie nie przekroczyły progu 5 proc. Na miejscu Morawieckiego i jego ludzi byłbym mocno zaniepokojony.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Mateusz Morawiecki zakłada klub. Kto kogo przechytrzył na prawicy

Tym bardziej że Kaczyńskiemu został ponad rok na odrobienie obecnych strat. Już kilka razy pokazał, że to potrafi. Wypchnięcie „harcerzy” akurat w tym momencie było najbardziej korzystne z jego punktu widzenia, pozostawiając mu dużo czasu na poradzenie sobie ze skutkami obecnego kryzysu. Gdyby wyszli z PiS na kilka miesięcy przed wyborami, prezes miałby o wiele twardszy orzech do zgryzienia. Teraz ma jednak czas na zepchnięcie partii Morawieckiego pod próg 5 proc. lub na zawarcie z nią przedwyborczej koalicji, ale w warunkach osłabienia jej znaczenia.

Czwartym powodem do zmartwień dla lidera stowarzyszenia Rozwój Plus jest jego i jego otoczenia mniejsze doświadczenie niż w przypadku Kaczyńskiego i jego akolitów. To drugie środowisko to starzy wyjadacze, którzy przeszli przez wiele kryzysów i potrafią sobie z nimi radzić. Ponadto mają żelazny elektorat, który pozostanie z nimi bez względu na wszystko. Współpracownicy Morawieckiego nie mają ani jednego, ani drugiego – czyli ani wielkiego doświadczenia politycznego, ani betonowych wyborców. To może okazać się rozstrzygające w czekającej nas walce między partią matką a secesjonistami.

Losy Ruchu Palikota, Nowoczesnej czy Kukiz’15 nie mogą napawać Morawieckiego optymizmem

Jest także inna przyczyna bólu głowy tych ostatnich – będą musieli przez najbliższy rok być w opozycji do rządu (co oczywiste), ale także wobec PiS. To bardzo niekorzystna pozycja, a losy formacji, które tego próbowały (np. Ruchu Palikota, Nowoczesnej czy Kukiz’15) nie napawają optymizmem tych, którzy chcieliby pójść w ich ślady.

Jest i ostatni już powód skłaniający do pesymizmu wobec sukcesu nowej partii. Jej liderzy sugerują, że chcą zagospodarować wyborców centrowych. A tych, jak pisałem już wielokrotnie, także na szlachetnych stronach „Rzeczpospolitej”, praktycznie nie ma. W skrócie: kiedyś rozkład głosów od prawa do lewa układał się jak krzywa Gaussa, krzywa dzwonowa – mało było wyborców skrajnie prawicowych i lewicowych, natomiast większość z nas sytuowała się w środku. Dziś jest zupełnie inaczej: rozkład głosów wygląda jak pączek z dziurką w środku. Tym pustym środkiem są właśnie wyborcy centrowi. Polaryzacja polityczna uczyniła nas wszystkich radykałami. Jeśli partia Morawieckiego będzie apelować do elektoratu centrowego, oznaczać to będzie krzyczenie do pustej studni.

Wszystkie wymienione powody skłaniają mnie do przewidywania tego, że nowy podmiot na polskiej scenie politycznej będzie w przyszłorocznej elekcji parlamentarnej heroicznie walczył nie o miejsce na podium, lecz o przekroczenie progu wyborczego.

Autor

Marek Migalski

Politolog, profesor Uniwersytetu Śląskiego