Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego ulubiona opera Adolfa Hitlera powróciła na scenę w Bayreuth po 150 latach przerwy.
  • Jak postać historycznego trybuna ludowego stała się lustrem dla współczesnych liderów populistycznych.
  • W jaki sposób wybory i wojna informacyjna zastąpiły rewolucję w walce o władzę.
  • Jakie aktualne ostrzeżenie dla dzisiejszych społeczeństw niesie nowa inscenizacja „Rienziego”.

Kompozytorski rękopis „Rienziego” Adolf Hitler otrzymał w prezencie na 50. urodziny w 1939 r. i przechowywał w swoich prywatnych zbiorach. Dziś uznawany jest za zaginiony, podobno był z Führerem do końca jego dni w berlińskim bunkrze. Uwielbienie dla tej opery on tłumaczył niezwykłym wrażeniem, jakie „Rienzi” wywarł na niego na spektaklu w 1906 lub 1907 r. Napisał potem, wspominając swoją życiową drogę: „I wtedy to się zaczęło”.

Wagner zaś nie cenił zbytnio „Rienziego”, ukończył go, gdy miał niespełna 30 lat i marzył o sławie. Po latach nie zgodził się, by znalazł się on w programach zbudowanego przez niego teatru w Bayreuth. Wolę kompozytora szanowano aż do teraz, gdy to dzieło wybrano na inaugurację obchodzącego 150 lat festiwalu.

Komponując, był jednak zafascynowany bohaterem. „Rienzi, którego wynalazłem i sportretowałem – pisał Wagner – to bohater w prawdziwym znaczeniu tego słowa; pełen pasji marzyciel, który pojawia się jak błysk piorunu w chylącym się ku upadkowi świecie, wierząc, że jego objawienie się pozwoli mu podnieść się i rozbłysnąć”.

Cola Rienzi to postać autentyczna

Rienzi był notariuszem papieskim, żył w XIV w. w Rzymie, gdzie zbuntowani mieszkańcy, zmęczeni walkami między rodami Orsinich i Colonnów oddali mu władzę w mieście, licząc na szczęśliwą przyszłość.

Po początkowym sukcesie zaczęły się problemy. Rienzi oskarżany był o nieudolność i łaskawość wobec dawnych wrogów z powodu obowiązkowego w operze wątku miłośnego między siostrą Rienziego a młodym Orsinim. Tak zatem jak szybko został wyniesiony na szczyt, tak równie szybko spadł.

Nietrudno zrozumieć, dlaczego Rienzi – człowiek znikąd, który wprowadził nowy ład, fascynował Hitlera, niezważającego nawet na jego smutny koniec. Do tego dochodziła muzyka momentami nieznośnie pompatyczna, ale mocno podbudowująca płomienne przemowy bohatera i jego działania. To w niej wyrażał się nowy duch, pożądany i oczekiwany. W XIV wieku takich bohaterów nazywano trybunami ludowymi, dziś nazywa się ich populistami. I także potrafią porwać tłumy.

Nathalie Stutzmann ujarzmiła Wagnera

Z muzycznego punktu widzenia „Rienzi” jest nierówny. Obszerne fragmenty świadczące o nowatorstwie Wagnera, które w pełni rozwinie się w kolejnych dekadach, przeplatają się ze scenami wzorowanymi na wielkich XIX-wiecznych operach historycznych cieszącego się wówczas ogromną popularnością Giacomo Meyerbeera. Wagner go podziwiał, potem gwałtownie atakował za żydowskie pochodzenie i za burżuazyjne wstecznictwo muzyczne.

Rienzi, scena politycznego wiecu

Rienzi, festiwal w Bayreuth

Rienzi, scena politycznego wiecu

Foto: Enrico Nawrath

Muzyczne słabości nikną jednak, gdy monumentalną orkiestrę, w której gra aż 12 trąbek, prowadzi teraz w Bayreuth Nathalie Stutzmann o drobnej posturze. Francuska artystka z zadziwiającą płynnością przeprowadza wykonawców i widzów przez tę pięcioaktową kolubrynę wagnerowską pełną wielkich scen chóralnych.

„Rienzi” w betonowych blokowiskach

Muzyka w Bayreuth tym razem jest jednak mniej ważna. Dwie węgierskie artystki, Alexandra Szemerédy i Magdolna Parditka, które działają razem jako reżyserki, autorki scenografii i kostiumów swoich inscenizacji, zamieniły „Rienziego” w piekielnie aktualny polityczny thriller.

Na scenie teatru w Bayreuth są więc betonowe klatki współczesnych, wielkomiejskich bloków, w których żyją ludzie atakowani migającymi ekranami telewizorów i smartfonów. Trzymają je w dłoniach wszyscy, którzy pojawiają się na scenie. Nieustannie migają też paski z newsowymi informacjami, a także kolejne lajki i hejty.

W „Rienzim” 2026 nie ma bitew na miecze. Jest wojna na słowa dwóch wrogich obozów zasiedziałych w polityce od lat. Walczą ze sobą w debatach telewizyjnych i na wiecach. Aż w końcu ludzie egzystujący w betonowych mieszkaniach mają dość i zechcą czegoś nowego. Dobrze to dziś znamy w Niemczech, w Polsce i w wielu innych krajach.

Rienzi, festiwal w Bayreuth 2026

Rienzi, festiwal w Bayreuth

Rienzi, festiwal w Bayreuth 2026

Foto: Enrico Nawrath

Do tej zmiany nie potrzeba rewolucji i krwawego buntu, jak w oryginale u Wagnera. Węgierskie realizatorki pokazują, że wystarczy akt głosowania, jedna z kluczowych scen ich przedstawienia. W powszechnym akcie wyborczym Rienzi zdobywa 41 proc. głosów. Nie jest to przewaga dominująca, ale wystarcza, by zdobyć władzę, a potem rozprawić się z przeciwnikami.

„Rienzi” i miłość dwóch kobiet

Bayreuth dokumentuje nasz dzisiejszy świat, w którym media krążą krok w krok za politykami, a kobiety przestały być romantycznymi kochankami z dawnej opery. Irene, siostra Rienziego, jest jego prawą ręką, sprawdza mu przemówienia i instruuje, jak ma się zachować przed kamerami. Zakochany w niej Adriano Orsini, którego partię zgodnie z XIX-wieczną konwencją Wagner napisał na głos żeński, rzeczywiście jest kobietą nieskrywającą swych uczuć do Ireny, co świetnie przedstawia Jennifer Holloway (pamiętna Salome z ubiegłego roku na Baltic Opera Festival).

Wspaniały Andreas Schager jako dzisiejszy populista

Ten spektakl ma jednak dwóch najważniejszych bohaterów. Pierwszy to Rienzi, idol mas, a drugi – społeczeństwo. Andreas Schager w morderczej dla tenora roli wspaniale i w sposób zniuansowany pokazuje człowieka, który uwierzył w swoje możliwości, a wyniesiony na szczyt popełnia coraz więcej błędów. Natomiast lud, który wierzy w swoją siłę daje sobą manipulować i płaci za to wysoką cenę.

Andreas Schager jako Rienzi, Bayreuth 2026

Andreas Schager, Rienzi, Bayreuth

Andreas Schager jako Rienzi, Bayreuth 2026

Foto: Enrico Nawrath

Przy okazji dostało się też od węgierskich reżyserek samemu Wagnerowi. Ogromną scenę baletową będącą jedynie pustym popisem rozdętego kompozytorskiego ego zamieniły w zabawną, groteskową pantomimę prezentującą wszystkich bohaterów najważniejszych jego dramatów.

W trwającym niemal sześć godzin przedstawieniu był to jedynie kwadrans oddechu od gorzkiej lekcji dla świata, ale chyba przede wszystkim dla Niemiec stojących być może w obliczu największej zmiany politycznej, jaka może się w tym kraju wydarzyć po II wojnie światowej. I była to chyba lekcja przyjęta z uwagą, bo w Bayreuth, gdzie odstępstwa od wagnerowskiej tradycji wywołują oburzenie, po niedzielnej premierze „Rienziego” nie było tak częstego tu buczenia. Spektakl przyjęto owacyjnie.