Zdecydowana większość komentujących bulwersującą sprawę ks. Andrzeja Dymera stoi na stanowisku, że Kościół nie może, tak jak zrobiła to państwowa komisja ds. pedofilii, odłożyć tematu na półkę i zamknąć szafy. Zwłaszcza że w kościelnym sądzie drugiej instancji zakończyło się postępowanie dotyczące duchownego, a 12 lutego – kilka dni przed jego śmiercią – zapadł wyrok. Oczekiwanie społeczne jest takie, że zostanie on upubliczniony. Na werdykt czekają – już od ponad 25 lat – przede wszystkim poszkodowani przez ks. Dymera, ale nie tylko oni. Ujawnienie treści wyroku może być jednak skomplikowane.

Prawo kanoniczne ani inne dokumenty Stolicy Apostolskiej tej kwestii nie precyzują. Wiadomo, w jaki sposób proces prowadzić. Wiadomo, że może on zakończyć się skazaniem („constat"), uniewinnieniem („constat de non") lub uwolnieniem („non constat"). Ostatnie rozstrzygnięcie jest możliwe wówczas, gdy nie ma pewności co do winy, brak dowodów, sprzeczne zeznania etc. Kodeks Prawa Kanonicznego precyzuje także kwestię zakomunikowania orzeczenia oskarżonemu, ale słowem nie wspomina o ogłoszeniu publicznym.

W tej sytuacji trzeba się jednak odwołać do logiki i przyjąć podejście zdroworozsądkowe. Skoro bowiem w papieskich dokumentach, ale także wielu autorstwa naszego episkopatu, czytamy, że zadaniem Kościoła jest naprawienie „wyrządzonych krzywd wobec ofiary i wspólnoty", to zarówno ofiara, jak i wspólnota muszą wiedzieć, co jest naprawiane i dlaczego. Zwłaszcza że akurat ta sprawa miała bardzo duży rezonans medialny.

Te same dokumenty mówią także, że w przypadku oskarżeń fałszywych, niepotwierdzonych etc. należy osobie oskarżanej przywrócić dobre imię. Ksiądz Andrzej Dymer zmarł w momencie, w którym ciążyły na nim bardzo poważne zarzuty. Część osób jest przekonana o jego winie, część (odsyłam do publikacji „Naszego Dziennika") nie. Wszyscy mają zatem prawo do poznania prawdy. Jedni po to, by odwołać oskarżenia, inni, by utwierdzić się w swoim przekonaniu.

Ale zerknijmy jeszcze na to, jaką linię przyjmują w tych sprawach bliscy współpracownicy papieża Franciszka. W 2019 r. na watykańskim szczycie ws. wykorzystywania małoletnich abp Charles Scicluna, metropolita Malty i jednocześnie sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary (KNW), mówił tak: „Po wyczerpaniu etapu apelacyjnego obowiązkiem ordynariusza jest poinformowanie wspólnoty o ostatecznym wyniku procesu. Wyrok, który orzeka winę oskarżonego i wymierza karę, powinien zostać wdrożony bezzwłocznie. Wyroki, które orzekają niewinność oskarżonego, powinny również zostać należycie podane do publicznej wiadomości".

Jeszcze dalej idzie kard. Reinhard Marx, arcybiskup Monachium i Fryzyngi, który uważa, że Kościół powinien publikować akta postępowań sądowych. „Utrzymujące się wątpliwości co do prawidłowego przebiegu postępowania sądowego szkodzą jedynie reputacji i funkcjonowaniu instytucji. Ta zasada dotyczy także Kościoła" – stwierdza niemiecki purpurat.

Kierunek, w którym idą zmiany w Kościele, wydaje się być jasny. Kto powinien ten wyrok ogłosić? Gdański trybunał nie ma do tego mandatu. Proces toczył się z polecenia i pod nadzorem KNW. I to ona powinna dać nuncjuszowi zielone światło do ogłoszenia wyroku. Tak zresztą było i w sprawie bp. Edwarda Janiaka, i kard. Henryka Gulbinowicza. Decyzji nie ogłosili prowadzący postępowanie (odpowiednio abp Stanisław Gądecki i kard. Kazimierz Nycz), lecz właśnie nuncjusz. Kongregacja powinna jednak dostać sygnał od naszych hierarchów, że Kościołowi nad Wisłą potrzebne jest ogłoszenie tego wyroku. Najpierw jednak w Gdańsku musi powstać jego uzasadnienie.