Łukasz Warzecha, odnosząc się do sprawy skłotu przy ul. Elbląskiej w Warszawie, pisze:
Jak wiadomo, nie tylko w Warszawie, ale w wielu miastach Polski ludzi wyrzuca się często z mieszkań. Najczęściej dlatego, że przestali płacić. Ci ludzie radzą sobie potem w różny sposób, ale raczej nie zdarza się, żeby brała ich ochoczo w obronę wielka gazeta („Wyborcza”) oraz tygodnik („Przekrój”), żeby ich wyrzucenie było jednym z głównych tematów lokalnych serwisów, żeby policja kapitulowała w obliczu kamer i żeby urząd miasta dbał, aby nie stała im się krzywda. Mimo że – w przeciwieństwie do skłotersów – nie zajmowali swoich mieszkań na rympał, ale mieszkali w nich zwykle od dawna.
Warzecha sugeruje, że być może ci wyrzucani z domów powinni „nie tyle wziąć przykład ze skłotersów, ale po prostu nimi zostać”. Dla tych, którzy uznaliby to za rozsądne rozwiązanie, ma kilka porad:
Należy skontaktować się z najbliższą delegaturą „Krytyki Politycznej” i poinformować, że w swoim mieszkaniu urządza się skłot. Dobrze też zmienić styl ubierania na niedbały i lekko przybrudzony, aby nabrać wiarygodności. Można zacząć się pojawiać na spotkaniach różnych lewackich grupek. Mieszkanie należy udekorować plakatami z Che Guevarą, Leninem, ewentualnie reprodukcjami Sasnala.
Co więcej?
W składzie makulatury należy wygrzebać wszystkie pozycje Sierakowskiego, trochę Derridy, obowiązkowo Żiżka i oczywiście roczniki „KP”. Można też zainwestować w kilka numerów „Przekroju” pod kierownictwem Romana Kurkiewicza. To wszystko porozkładać na podłodze. Trzeba również ucharakteryzować mieszkanie: trochę pobrudzić ściany, zawiesić jakieś szmaty w oknach, poustawiać na podłodze skrzynki.
Publicysta podkreśla, że realistyczny efekt wzmocnić może już tylko „upozorowanie” jakiejś „działalności kulturalnej”, charakterystycznej dla skłotów:
Można np. zorganizować pokaz jakiegoś filmu z performansem Artura Żmijewskiego (to nie ten, co gra ojca Mateusza, zbieżność imienia i nazwiska przypadkowa), najlepiej takiego, gdzie robią coś z krzyżem – zanurzają go w moczu czy smażą na patelni. Można też zaprosić aktorów z jakiegoś postępowego teatru, żeby coś pokazali. Nieważne, co, ważne, żeby podczas pokazu byli na golasa.
Publicysta sugeruje „zwieńczyć dzieło” szumem medialnym:
Gdy będzie się miało to wszystko zorganizowane, trzeba się skontaktować z miejscowym korespondentem „Gazety Wyborczej” i opowiedzieć, jak wspaniale działa nasz skłot. No i niech potem ktoś spróbuje nas z mieszkania usunąć!
My radzimy nie próbować tego w domu. A Warzesze gratulujemy strzału w dziesiątkę.