Z tego artykułu dowiesz się:
- Kto stał za wiadomością o planowanym zamachu i dlaczego służby uznały ją za wysoce wiarygodną.
- Jakie błędy w komunikacji kryzysowej popełniono, potęgując społeczne poczucie niepewności.
- Dlaczego informacyjna próżnia staje się pożywką dla dezinformacji i jakie są tego długofalowe skutki.
Sprawę traktujemy śmiertelnie poważnie – tak o mailu z groźbami, jaki w niedzielę rano wpłynął na skrzynkę kancelarii SOP mówił na spotkaniu z dziennikarzami Jacek Dobrzyński, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych. Wielokrotnie podkreślał, że oceniono, iż istnieje „duże prawdopodobieństwo spełnienia tych gróźb”.
Szczegółów nie podano, ani z jakiego adresu mail przyszedł, ani też czy mogło napisać je dziecko czy osoba dorosła. Dlaczego więc podano publicznie informacje, których nie potwierdzono, że stanowią realną groźbę? Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka oraz Jacek Dobrzyński tłumaczyli to troską o nieuleganie dezinformacji i niepowielanie informacji i spekulacji nieprawdziwych. – Chcieliśmy przekazać państwu informacje sprawdzone – mówiła Gałecka. Powodem była pilna narada w Centrum Antyterrorystycznym ABW jaką zwołano w niedzielę przed południem. Wzięli w niej udział przedstawiciele służb podległych MSWiA: Policji, SOP, ABW.
„Rzeczpospolita” ustaliła, że autor maila nie był zamachowcem, ale ujawnił wiedzę o planowanych atakach na premiera i wicepremiera. – Pozwólmy służbom działać. Poziom ryzyka dopiero podlega ocenie – uciął nasze pytania jeden z naszych rozmówców. Ustaliliśmy także, że sprawa nie ma związku z atakami w szkołach. – To odrębne sprawy – mówi nam źródło.
„Wyborcza” powołując się na źródło w służbach podała, że informacja o możliwym zamachu „zawierała dane dotyczące adresów, gdzie mogą przebywać premier i szef MON oraz ich planów na najbliższy czas”. Czy to prawda?
Nie wiadomo jednak na ile precyzyjne było to wskazania, i na ile wiedza o kalendarzu szefa rządu przedstawiona w mailu, była wiedzą „ekskluzywną", dostępna dla wąskiego grona. – Istniała bardzo duża przesłanka wiarygodności wiadomości przekazanej drogą mailową. Mogę powiedzieć jedynie, że mail zawierał informacje konkretne i na tyle poważne, że zdecydowaliśmy się poinformować opinię publiczną o możliwym zamachu na premiera oraz wicepremiera – mówi „Rz” Karolina Gałecka, rzeczniczka MSWiA.
Czytaj więcej
W niedzielę zwołano spotkanie służb w sprawie możliwego zamachu na premiera Donalda Tuska i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza....
Informacja zelektryzowała media, jednak podczas briefingu nie dowiedzieliśmy się, dlaczego uznano informację za uprawdopodobnioną. Możliwe, że gwarantem jej wiarygodności była osoba z bliskiego kręgu domniemanego sprawcy, która znała jego zamiary i o nich poinformowała służby.
Lakoniczna informacja o „możliwym zamachu” wywołała poruszenie
– Na tym etapie komunikowanie sprawy w kategoriach „możliwego zamachu” bez wyjaśnienia podstaw oceny zagrożenia nie było dobrą komunikacją kryzysową. Służby miały obowiązek potraktować sygnał poważnie i sprawdzić go, ale opinia publiczna powinna usłyszeć, co rzeczywiście wiadomo, a co pozostaje jedynie hipotezą – ocenia prof. Tomasz Safjański, ekspert z zakresu nauk o bezpieczeństwie, doktor nauk prawnych, specjalista w zakresie taktyki kryminalistycznej. I wskazuje, że problem jest jeszcze poważniejszy, gdy zestawimy alarm o możliwym zamachu na premiera z paniką wokół doniesień o atakach nożowników. – Społeczeństwo nie zna pełnego obrazu sytuacji, nie odróżnia wiarygodnego zagrożenia od niepotwierdzonej informacji, a państwo nie wyjaśnia dostatecznie jasno, co się wydarzyło i na jakiej podstawie reagowały służby. Gdy członek rządu mówi »Wygląda to poważnie, ale trwają ustalenia«, a obywatelom dodatkowo przekazuje się jedynie, że groźby przyszły e-mailami, pozostawia się ich w stanie lęku i całkowitej niepewności. Nie wiadomo, czego konkretnie dotyczy zagrożenie, na jakiej podstawie uznano je za poważne ani jakie działania podjęły służby. To nie jest przejrzysta komunikacja – to informacyjna próżnia, w której obywatele mają się bać, ale nie mają prawa wiedzieć, czego właściwie powinni się obawiać – ocenia Tomasz Safjański.
Zdaniem eksperta opinia publiczna potrzebuje rzetelnych ustaleń, przejrzystej komunikacji i jasnego oddzielenia faktów od hipotez. – Państwo, które nie wyjaśnia, obywatele, którzy spekulują, i politycy, którzy podsycają podejrzenia – tworzą środowisko, w którym dezinformacja rozprzestrzenia się sama – przestrzega.