Pod hasłem dobra spółdzielców i ich prawa do wyboru toczy się od miesięcy walka o kształt prawa regulującego działalność spółdzielni mieszkaniowych.

Sprawa jest niebagatelna, bo w dotyczy ok. 13 mln Polaków mieszkających w lokalach spółdzielczych. Głównymi stronami sporu są PO i SLD, choć własny projekt przepisów przygotował też PiS. Do każdego projektu zgłoszono wniosek o odrzucenie w pierwszym czytaniu.

SLD zwalcza projekt PO, PO – SLD a projekt PiS-owski nie podoba się Ruchowi Palikota. PSL zaś najbardziej skłania się ku projektowi SLD. Prawdopodobnie już dzisiaj się okaże, nad którymi projektami będzie pracowała komisja nadzwyczajna do opracowania prawa spółdzielczego. Ale pewne jest, że w tej sprawie emocje będą sięgały zenitu.

Sojusz nie kryje, że kwestia spółdzielczości mieszkaniowej ma dla niego ogromne znaczenie. Zarzuca posłance Lidii Staroń z PO (która zmianą statusu spółdzielni mieszkaniowych zajmuje się już drugą kadencję), że chce zlikwidować wszystkie spółdzielnie i przekształcić je we wspólnoty mieszkaniowe.

– Dla nas to nie do przyjęcia, będziemy z tym walczyć za wszelką cenę – mówi Dariusz Joński, rzecznik Sojuszu.

I przekonuje, że projekt Staroń przysparza komplikacji. – A co będzie z kredytami zaciągniętymi przez spółdzielnię na remont budynków, ktoś musi je spłacić, a nikt tego spółdzielcom nie mówi – wylicza w rozmowie z „Rz" Joński.

– Co będzie z terenami zielonymi należącymi do spółdzielni, kto będzie płacić za ich utrzymanie? Co się stanie z ludźmi, którzy zalegają z płatnościami? Wielkie spółdzielnie mogą im jakoś pomóc, rozłożyć płatność na raty, w małych wspólnotach byłoby to niemożliwe – dopytuje rzecznik SLD. Lidia Staroń z kolei oskarża Sojusz, że broni przywilejów prezesów starych PRL-owskich spółdzielni. – Od lat blokowane są wszelkie zmiany, które mają na celu wprowadzenie kontroli i transparentności w funkcjonowaniu spółdzielczych molochów, które dysponują ogromnymi budżetami, często o wysokości budżetu powiatowych miast – mówi „Rz" posłanka Platformy Obywatelskiej.

Rzeczywiście w listopadzie Leszek Miller, szef Sojuszu, wysłał do prezesa Krajowej Rady Spółdzielczej list, w którym z satysfakcją informował o zdjęciu projektów zmian w prawie spółdzielczym z porządku obrad.

– Nie może być zgody na to, aby spółdzielcy nie wiedzieli, w jakiej wysokości i na co wydawane są ich pieniądze – mówi nam Staroń i odrzuca zarzut, jakoby dążyła do likwidacji spółdzielni. – W moim projekcie nie ma takiego przepisu – mówi. – Chcę tylko, żeby ludzie mieli prawo decydować czy chcą należeć do spółdzielni.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Ale jej projekt budzi sporo kontrowersji.

Nawet szef Klubu PO Rafał Grupiński w rozmowie z „Rz" przyznał, że propozycje Staroń idą za daleko i w obecnym kształcie nie mogłyby wyjść z Sejmu.

A Poseł PSL Marek Gos podczas debaty mówił, że wybór między propozycją PO a SLD to wybór między kierunkiem liberalnym w gospodarce mieszkaniami a spółdzielczym. I nie krył, że bliżej jest mu do idei umacniania spółdzielczości.

– Oba projekty są skrajne – uważa Mariusz Błaszczak, szef klubu Prawa i Sprawiedliwości. – Niestety prawdą jest, że projekt pani Staroń w praktyce likwiduje spółdzielczość mieszkaniową, bo w sytuacji, gdy choćby jedno mieszkanie zostało wykupione, to spółdzielnia z mocy prawa byłaby przekształcona we wspólnotę. Z kolei projekt SLD cofa nas do przepisów sprzed 2007 roku, kiedy umożliwiliśmy wyodrębnienie własności ze spółdzielni.

Błaszczak uważa jednak, że wszystkie projekty powinny trafić do komisji nadzwyczajnej. Wszystko to wróży ogromne emocje podczas prac nad ostatecznym kształtem ustawy. Jest o co kruszyć kopie, bo w Polsce jest ok. 3,5 tysiąca spółdzielni, które dysponują ponad 4 mln mieszkań. Łączne budżety spółdzielni są równe ok. 10 proc. budżetu państwa.