Korespondencja z Nowego Jorku
Po przegranych wyborach w 2020 r. prezydent Trump i jego sojusznicy rozpowszechniali teorie spiskowe, dotyczące procesu wyborczego, twierdząc, że wybory zostały mu skradzione w wyniku powszechnych fałszerstw. Utrzymywali, że źle zabezpieczone elektroniczne maszyny do głosowania były przedmiotem włamań. Oskarżali urzędników wyborczych o przemycanie w walizkach kart do głosowania oddanych na Josepha R. Bidena Jr.
W 2020 r. wielu członków administracji Trumpa oponowało przeciwko tym teoriom. Tym razem na kluczowych stanowiskach w agencjach wywiadowczych czy rządowych, w tym w Departamencie Sprawiedliwości oraz Departamencie Bezpieczeństwa Narodowego (DHS), zasiadają osoby powielające prezydenckie tezy o wyborach, co pozwala mu na podważanie zaufania do amerykańskiego systemu wyborczego.
Czytaj więcej
Na prezydenckiej emeryturze życie Joe Bidena spowolniło. Jego dziedzictwo przyćmiewają ostatnie miesiące w Białym Domu.
Trump nadal twierdzi, że mieszkańcy Ameryki nieposiadający praw wyborczych, np. nieudokumentowani imigranci masowo głosują w wyborach. DHS przeszukuje rejestry wyborców w poszukiwaniu przypadków głosowania przez osoby niebędące obywatelami USA, ale jak dotąd nie znalazł dowodów na istnienie powszechnych oszustw wyborczych. Nie ma też dowodów potwierdzających zarzuty Trumpa, że Demokraci próbowali mobilizować nieudokumentowanych imigrantów, aby wpłynąć na wyniki wyborów na swoją korzyść.
Donald Trump oskarża Chiny
W ubiegłym tygodniu Trump próbował wesprzeć swoje teorie odtajnionymi dokumentami dostarczonymi przez amerykańskie agencje wywiadowcze, choć duża część z nich była ocenzurowana, a inna część wcześniej już upubliczniona. Trump twierdził, że amerykański system wyborczy jest wadliwy, a „Amerykanie byli bezczelnie okłamywani w sprawie bezpieczeństwa naszej infrastruktury wyborczej”, ale nie przedstawił konkretnych przykładów wykorzystania jego słabych stron.
Oskarżył Chiny o „bezprawne” pozyskanie amerykańskich rejestrów wyborców, obejmujących nazwiska, adresy, numery telefonów oraz przynależność partyjną – przy czym wszystkie te informacje są publicznie dostępne. – Począwszy od kampanii wyborczej w 2020 r. Chińska Republika Ludowa przeprowadziła największe w historii naruszenie bezpieczeństwa danych wyborczych, w wyniku którego Chiny bezprawnie pozyskały 220 milionów amerykańskich kartotek wyborców – powiedział Trump.
Trzeba zaznaczyć jednak, że nie istnieją żadne dowody, nawet w dokumentach zaprezentowanych przez Trumpa, wskazujące na to, by chiński czy inny rząd włamał się do stanowych systemów rejestracji wyborców lub naruszył ich bezpieczeństwo w 2020 r. Wybory z 2020 r. były przedmiotem dziesiątek dochodzeń, audytów, ponownych przeliczeń głosów oraz postępowań sądowych prowadzonych na szczeblu lokalnym, stanowym i federalnym. Żadne z tych postępowań nie wykazało istnienia powszechnych fałszerstw wyborczych, które – jak twierdził Trump – miały wpłynąć na wynik wyborów. Agencje odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo ogłosiły, że wybory w 2020 r. były najbezpieczniejszymi w historii USA. Poszczególne stany przeprowadziły audyty i ręczne przeliczenia głosów, jednak żadne z nich nie potwierdziły zarzutów stawianych przez Trumpa.
Czytaj więcej
Dwie główne partie polityczne w Stanach Zjednoczonych od miesięcy prowadzą walkę o dominację w Waszyngtonie, m.in. manipulując granicami okręgów ko...
Z jednej strony prezydent promował oskarżenia o ingerencję i fałszerstwa w wyborach, a z drugiej jego administracja osłabiła działalność Agencji ds. Cyberbezpieczeństwa i Bezpieczeństwa Infrastruktury (CISA), rozwiązała specjalną grupę zadaniową FBI zajmującą się zwalczaniem zagranicznych wpływów na amerykańskie wybory oraz zakończyła program odpowiedzialny za przekazywanie informacji wywiadowczych o zagrożeniach władzom stanowym i lokalnym.
Zmienianie zasad regulujących wybory do Kongresu
Prezydent kontynuuje szerzenie mitów o wyborach, by za pomocą dekretów wykonawczych oraz osobistych wpływów w agencjach federalnych w bezprecedensowy sposób zmieniać zasady regulujące wybory do Kongresu w 2026 r., po to, by zapewnić wygraną swojej partii. Jego Departament Sprawiedliwości zażądał, aby poszczególne stany przekazały mu bazy danych wyborców, a Trump oświadczył w lutym, że chce, aby kontrolowany przez Republikanów rząd federalny „znacjonalizował” lub „przejął” organizację wyborów.
– W sprawach wyborczych stan jest wykonawcą działań rządu federalnego – powiedział. Ale prawda jest jednak taka, że Konstytucja Stanów Zjednoczonych powierza kontrolę nad organizacją wyborów władzom stanowym, a Kongresowi przyznaje uprawnienie do uchwalania federalnego prawa wyborczego. Nie przyznaje natomiast żadnych wyraźnych kompetencji w tym zakresie władzy wykonawczej.
Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego (FEMA) domaga się od stanów zmiany sposobu przeprowadzania wyborów, grożąc im utratą dziesiątek milionów dolarów federalnych środków przeznaczonych na zapobieganie terroryzmowi. Z kolei Poczta Stanów Zjednoczonych (U.S. Postal Service) zaproponowała przepis, który umożliwiłby jej odmowę doręczania kart do głosowania korespondencyjnego w stanach, które nie przekażą rządowi federalnemu swoich rejestrów wyborców.
Chyba najbardziej rażącym przykładem manipulacji systemu wyborczego są zapoczątkowane przez Trumpa rok temu zmiany granic dystryktów wyborczych nieoparte na Spisie Ludności, które mają pomóc Republikanom w utrzymaniu większości w Kongresie w listopadowych wyborach. W rezultacie Teksas, Karolina Północna, Missouri czy Ohio utworzyły dystrykty dające Republikanom przewagę. Demokraci m.in. w Kalifornii i Wirginii odpowiedzieli tym samym, co początkowo wydawało się doprowadzać spór o podział okręgów do remisu – aż do kwietnia, gdy Sąd Najwyższy osłabił jeden z kluczowych elementów Ustawy o Prawach Wyborczych, co pozwoliło Republikanom zyskać przewagę w okręgach wyborczych m.in. w Tennessee, Luizjanie i Alabamie.
Czytaj więcej
Prezydent Trump od dawna próbuje wpłynąć na sposób przeprowadzenia wyborów. Jego najnowszy pomysł polega na tym, by republikanie „przejęli” adminis...
Nowe utrudnienia dla głosujących
Obecnie oczkiem w głowie prezydenta Trumpa jest projekt ustawy SAVE Act, który obowiązywałby wyborców do przedstawienia dowodu obywatelstwa oraz znacząco ograniczał możliwość głosowania korespondencyjnego. Demokraci sprzeciwiający się tej ustawie argumentują, że doprowadziłaby ona do ograniczenia i zniechęcenia do udziału w legalnym głosowaniu – szczególnie wśród grup, które zazwyczaj popierają Partię Demokratyczną, czyli mniejszości etnicznych, rasowych, osób o niskich dochodach oraz naturalizowanych obywateli.
Ich zdaniem nowe przepisy nakładają nadmierne obciążenia na uprawnionych wyborców, którzy mogą nie dysponować dokumentami wymaganymi do spełnienia nowych wymogów dotyczących identyfikacji. Wiele z działań administracji Trumpa zostało zablokowanych przez sądy, udaremnionych przez zapisy Konstytucji lub zatrzymanych w Kongresie. Jednak nieustanny atak prezydenta na proces wyborczy – zarówno poprzez działania administracyjne, jak i retorykę – podważa zaufanie do wyborów i przygotowuje grunt pod kwestionowanie ich wyników.
– Jeśli chodzi o wybory w 2026 r., naszym największym zagrożeniem nie są zagraniczni przeciwnicy, lecz przeciwnik na szczeblu federalnym – powiedziała podczas konferencji prasowej sekretarz stanu Kolorado, Demokratka Jena Griswold.