Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak media społecznościowe redefiniują zasady gry politycznej i jakość debaty publicznej z perspektywy byłego rzecznika rządu?
- Kulisy zarządzania kryzysowego na przykładzie kluczowych wydarzeń dla bezpieczeństwa państwa?
- Dlaczego Europa może przegrać wyścig technologiczny i jak AI wpłynie na rynek pracy?
- Jaką rolę w rządzie odgrywa rzecznik i dlaczego komunikacja często bywa wymówką dla polityków?
Kiedy Adam Szłapka został rzecznikiem rządu, dziennikarze od razu zaczęli panów porównywać. Po kilku miesiącach nasuwa się jedno pytanie: co pana zdaniem Adam Szłapka jako rzecznik rządu robi dobrze?
Na pewno wykazuje duży poziom zaangażowania. Problem polega na tym, że niekoniecznie w sprawy, w które powinien. Widać bez wątpienia jego dużą aktywność – stara się być obecny w mediach, a konferencje prasowe odbywają się dosyć regularnie. Widzę jednak też, że przyjął – lub został w nią wtłoczony – rolę zastępowania premiera w komunikacji. Nie ma regularnych konferencji premiera po posiedzeniach Rady Ministrów, więc Szłapka bierze wszystko na siebie. To niewdzięczna rola, bo media oczekują bezpośredniego kontaktu z szefem rządu czy z ministrami, którzy ogłaszają konkretne projekty.
Ale przede wszystkim należy złożyć ministrowi Szłapce wyrazy współczucia, że musi być rzecznikiem rządu, który nie realizuje wyborczych zobowiązań. Jednocześnie muszę wyrazić ogromne rozczarowanie tym, że regularnie wprowadza opinię publiczną w błąd, co wielokrotnie wytykają mu portale fact-checkingowe.
Co więc dla pana robi źle?
Segreguje media poprzez nazywanie jednych dziennikarzami, a innych nie. Albo twierdzenie, że jakieś media nimi nie są. Ale przede wszystkim to, o czym wspomniałem wcześniej – jego regularne kłamstwa, łącznie z robieniem z ludzi głupców i wmawianiem im, że kolejki w służbie zdrowia się skróciły.
No zaraz. Zarówno pan jak i pana rząd wielokrotnie uderzaliście w media na różne sposoby.
To prawda, krytyka mediów takich jak np. TVN, zdarzała się i za rządów PiS. Jednak nikt nie znajdzie mojej wypowiedzi, w której mówiłbym dziennikarzom TVN, że nie są mediami czy dziennikarzami. Mówiłem, że się z nimi nie zgadzam, argumentowałem to, czasami mocno – ale nie odbierałem im prawa do wykonywania zawodu. A ten rząd dokładnie to robi, łącznie z niewpuszczaniem wybranych redakcji na konferencje. Arbitralnie odbierają prawa określonym redakcjom. W taki sposób nie można postępować.
Czytaj więcej
Po rozmowie z premierem Donaldem Tuskiem scenariusz, żeby Polska 2050, będąca częścią koalicji rządowej głosowała przeciwko koalicyjnemu ministrowi...
Jest strukturalna różnica: minister Szłapka funkcjonuje w systemie, w którym w zasadzie jedynym źródłem nowych narracji jest premier Donald Tusk. Inni je tylko wzmacniają, rzadko tworząc coś nowego. Za czasów PiS były dwa ośrodki: prezes Kaczyński i ośrodek premiera Morawieckiego w KPRM.
Rzeczywiście wtedy trochę inaczej to funkcjonowało. Ale jest też druga rzecz: w ciągu ostatnich kilku lat rola mediów społecznościowych gwałtownie się zwiększyła. To powoduje, że politycy i rzecznicy próbują zamknąć się w wypowiedziach trwających kilkanaście sekund, idealnych na TikToka. Wychodzą z założenia, że przekaz musi być ostry, klarowny i zerojedynkowy. Ja natomiast uważam, że rolą rzecznika rządu nie jest bycie w stu procentach zerojedynkowym, tylko powinien tłumaczyć zawiłości funkcjonowania państwa, niuansować, pokazywać odcienie szarości. Zresztą uważam, że politycy powinni znacznie bardziej pokazywać różnorodność stanowisk. System, w którym istnieje tylko wybór pomiędzy dwiema opcjami, zubaża rzeczywistość i obniża jakość debaty publicznej.
Gdyby był pan dziś rzecznikiem rządu, co robiłby pan inaczej niż w czasie, gdy faktycznie sprawował pan tę funkcję?
Bez wątpienia dużo więcej czasu poświęcałbym na aktywność w mediach społecznościowych tłumaczącą faktografię – liczby, dane i fakty. Mówię tu o długim, wysokojakościowym i edukacyjnym pokazywaniu rzeczywistości. To nie musi być zadanie tylko dla rzecznika – powinny to robić poszczególne ministerstwa i instytucje. Skupiłbym się mocniej na koordynacji działań komunikacyjnych pomiędzy różnymi instytucjami publicznymi, tak aby wzmocnić jakość komunikacji branżowej w poszczególnych obszarach. W tych instytucjach zgromadzona jest wiedza o szczegółowych sprawach ważnych dla obywateli, których nie da się opowiedzieć z poziomu centrali. Więcej czasu poświęciłbym też na indywidualne spotkania z dziennikarzami, którzy nas krytykowali. Próbowałbym być bardziej asertywny wobec osób z mojego obozu politycznego, które obwiniały media o ataki w sytuacjach, gdy błędy leżały po naszej stronie.
Zmienił się też świat. Bywa, że politycy chodzą do telewizji po to, żeby mieć materiał na „rolki” na YouTube czy TikToka. Pan też to obserwuje?
Tak, i to jest niebezpieczne. Niektórzy politycy mówią wprost, że chodzą do programów telewizyjnych tylko i wyłącznie po to, żeby mieć content. Pionierem w tym obszarze był Sławomir Mentzen – nagrywał TikToki bez pytań dziennikarskich. Zamykał się sam i mówił, co chciał powiedzieć. Ale nawet gdy pojawiał się w mediach, nie interesowało go, o co pytają dziennikarze. Miał swoją kwestię do wygłoszenia, wiedział, że wrzuci to na „rolkę” – i tyle. Część polityków niestety zaczyna się tak zachowywać. Media klasyczne stały się dla nich tylko narzędziem do produkcji treści do mediów społecznościowych.
Lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz mówił ostatnio – przy okazji debaty z byłym premierem Mateusze Morawieckim w Jasionce – że polityka stała się jednodniowa. Że wszystko dzieje się przez jeden dzień i znika. Pan także tak to widzi?
Zdecydowanie. Każdego dnia pojawia się jakiś główny temat i wszyscy muszą się do niego odnieść. Następnego dnia ten temat często znika. Kiedyś sprawy, które dziś nazywamy „aferami”, mogłyby ciągnąć się tygodniami – teraz po jednym dniu wszyscy powiedzieli, co mieli powiedzieć, i pędzą za czymś innym. To niedobrze, bo wiele debat powinno być znacznie bardziej pogłębionych i trwać dłużej dla dobra jakości debaty publicznej. Są oczywiście tematy wielomiesięczne – jak Mercosur czy SAFE – ale to nie zmienia ogólnej reguły.
W erze jednodniowych tematów pojawia się też pytanie o format kampanii. Mam tezę, że PiS prowadzi kampanię parlamentarną, ale w formacie prezydenckim – jeden lider, cała waga mediów skupiona na nim. Czy ta strategia sprawdza się po dwóch miesiącach od prezentacji kandydata na premiera, którym jest Przemysław Czarnek?
Uważam, że w kampanii parlamentarnej dużo lepsza jest formuła drużyny. Wszyscy mówią, że personifikowanie kampanii politycznej ma sens – że jest jeden lider, który koncentruje uwagę mediów i pełni funkcję tuby komunikacyjnej. I tak, to ma sens w kampanii prezydenckiej, bo kandydatem jest jedna osoba na jedno stanowisko. W kampanii do parlamentu sytuacja jest zupełnie inna – startuje wielu polityków i drużyna wydaje mi się znacznie odpowiedniejszą formą komunikowania. Oczywiście
musi to być zespół, który prowadzi spójne działania, a nie mało zgrana kapela, która nie potrafi nastroić instrumentów. Tu upatruję naszych szans – i ta koncepcja, mam nadzieję, zaczyna wygrywać. Chodzi o „dwa płuca” PiS, skoordynowane we wspólnym działaniu.
W PiS-ie toczy się jednocześnie dyskusja: liczą się zasięgi czy nie. Co Pan na to?
Jestem w ścisłej czołówce polskich polityków, jeżeli chodzi o zasięgi „shortów” na YouTube. Ale powiem tak: zasięgi same w sobie nie są wartością. Każdy może zostać patostreamerem i będzie miał świetne statystyki. Pytanie brzmi: komu one służą – czy przekonują do partii politycznej, czy nie? Uważam, że błędem naszej komunikacji bywa to, że walka o zasięgi zaostrza dyskurs w miejscach, gdzie nie powinno się tego robić. Przykład: zbyt ostra w formie krytyka Unii Europejskiej powoduje, że kogoś zaczyna się wrzucać do szuflady z napisem „polexit”. To karmi siły, których nie chcielibyśmy wspierać. Musimy być eurorealistami – ale tym językiem trzeba odpowiednio sterować. Ostry, zerojedynkowy język zwiększa zasięgi, przez co cała debata publiczna traci na jakości. Mam więc co do tego mieszane uczucia.
Czyli nie trzeba bić się o zasięgi?
Trzeba o nie walczyć, ale inaczej je rozumieć. Chodzi o to, żeby to, co ludzie czytają, odbierali jako coś konstruktywnego i wartościowego. Oczywiście jest to niemierzalne – i to stanowi problem. Lajki, zasięgi czy interakcje w postaci komentarzy są policzalne, tyle że interakcje mogą być też negatywne, a one również wpływają na algorytm. Jak ktoś cię wyzywa, współczynnik interakcji jest wysoki – ale czy to dobrze? Uważam, że powinniśmy znacznie więcej mówić o sprawach, które dotykają ludzi bezpośrednio. Ochrona zdrowia jest tu najlepszym przykładem: pokazujemy patologie w systemie, co budzi emocje, a informacje są wartościowe. Natomiast radykalizacja języka w innych obszarach nie służy niczemu dobremu.
Ale jest tu paradoks. Mówi Pan: zasięgi nie są celem. A jednocześnie PiS jest w opozycji i nie ma mocy sprawczej – nie ma ustaw, które przejdą, ani decyzji, które może ogłosić. Co w takim razie ma komunikować? Może stąd ta ciągła wojna na platformie X?
To oczywiście pewien dylemat. Grawitacja medialna zawsze sprzyja rządzącym – wiadomo, że jeśli rząd czegoś chce, to zazwyczaj może to dowieźć. Choć w przypadku tego rządu, jak widać, nie chcą. Opozycja, zgłaszając poprawki do ustaw, zazwyczaj nie jest w stanie ich przegłosować, a przy marszałku Czarzastym projekty z założenia lądują w zamrażarce. Siła przyciągania medialnego jest więc znacznie mniejsza. Jak znaleźć formułę, żeby media i opinia publiczna się tym zainteresowały? To nie jest proste, bo musi temu towarzyszyć wiarygodność – czyli przekonanie, że to, co dziś zgłaszamy, staje się jednocześnie postulatem dla przyszłego rządu. I wtedy ma to większy ciężar gatunkowy.
Jest jeszcze jeden problem komunikacyjny, z którym mierzył się Pan osobiście: co dementować, a czego nie. Na co reagować, a na co nie. To dylemat, przed którym stoją teraz wszyscy – komunikacja Pałacu Prezydenckiego, rządu czy poszczególnych ministrów.
To jeden z najtrudniejszych dylematów rzecznika. Część informacji nieprawdziwych lepiej zostawić – bo odpowiadając, sam nadajesz im zasięg, którego wcześniej nie miały. Istnieje jednak drugi mechanizm: jeśli coś zaczyna rosnąć w mediach społecznościowych, milczenie zaczyna być odbierane jako potwierdzenie. Reguła jest więc prosta w teorii, ale bardzo trudna w praktyce: reaguj, gdy informacja rośnie, a nie gdy dopiero się pojawia. Nie dawaj tlenu temu, co jeszcze nie żyje. Tyle że moment, w którym coś „zaczyna rosnąć”, jest zawsze nieoczywisty. Jeśli spóźnisz się o godzinę – jesteś już w defensywie.
Pamięta się panu konkretny błąd w sferze komunikacyjnej, który mocno wyszedł poza bańkę: tragedia w Przewodowie i długa cisza po tamtym wydarzeniu. Czy dziś zrobiłby pan to innaczej?
Nie mogłem wtedy
powiedzieć nic więcej, bo nie miałem informacji, które mógłbym przekazać.
Ludzie wyobrażają sobie zarządzanie kryzysowe jak film z Jamesem Bondem. Tak to
jeszcze nie działa. Nawet Amerykanie mają z tym problem. Najpierw potrzebna
była weryfikacja – i zwróćmy uwagę, że początkowo pojawiała się informacja o
rosyjskiej rakiecie. Później okazało się, że była to rakieta ukraińska. Zbyt
szybkie przekazanie informacji byłoby po prostu błędem. Natomiast, analizując to z dystansu, trzeba było wyjść z krótkim komunikatem, poinformować, że analizujemy sytuację, weryfikujemy dane, nie widzimy sygnałów eskalacji i czekamy na potwierdzenie. Być może to był błąd komunikacyjny. Jednak komunikat podany zbyt wcześnie, bez weryfikacji, doprowadziłby do katastrofy, ponieważ w tak kluczowym momencie moglibyśmy nieumyślnie wprowadzić opinię publiczną w błąd.
Czytaj więcej
Do tej pory strona ukraińska nie udzieliła Polsce pomocy prawnej w sprawie wybuchu rakiety w Przewodowie, w którym zginęły dwie osoby – powiedział...
Był jeszcze inny problem – z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Resort przy Szucha miał własną strategię i tamtej nocy użył stwierdzenia „rakieta rosyjskiej produkcji”. Rzecznik Łukasz Jasina opisuje, że trwała wtedy między panami wojna.
Tak, dokładnie to pamiętam. Ustalenie na spotkaniu w BBN było takie, że to sformułowanie nie zostanie użyte. Właśnie dlatego, że może być ono potraktowane jako rozstrzygnięcie tego, co się dokładnie wydarzyło. Uważam, że w komunikatach nie wolno wprowadzać treści, które mogą wprowadzać dwuznaczności, bo one prowokują później innych do zarzucania manipulacji. Jedno słowo w komunikacji kryzysowej może zmienić odbiór całego przekazu o sto osiemdziesiąt stopni. Nie jest łatwo to odkręcić żadną późniejszą konferencją prasową.
Mówiło się też o panu, że jako rzecznik nie generował pan własnych kryzysów.
Taką przyjąłem rolę. Rzecznik rządu nie powinien skupiać uwagi na sobie, tylko na tematach. Nie chciałem być politycznym bokserem, który napiera na wszystkich dookoła. To oczywiście ogromna pokusa – im jesteś twardszy, mocniejszy, bardziej wyrazisty i krzykliwy, tym chętniej media cię cytują. A tym samym stajesz się popularny u swoich wyborców. Ale rzecznik rządu nie powinien przybierać takiej roli. Myślę, że Adam Szłapka czasami próbuje być ostrzejszy, bo tego oczekuje od niego jego środowisko i musi budować się politycznie. Rozumiem tę motywację, ale to nie jest właściwa droga dla rzecznika.
Swoją drogą, dlaczego w każdym rządzie czy partii, gdy pojawia się kryzys, problem, gdy spada poparcie to pierwsza odpowiedź brzmi: „poprawić komunikację”?
Bo to niezwykle wygodne. Jeżeli zawiodła komunikacja, to wszyscy inni mogą czuć się rozgrzeszeni. I z tym się właśnie nie zgadzam – i dlatego zacząłem ten wywiad od wyrażenia współczucia dla rzecznika rządu. Pracuje on w gabinecie, który nie „dowozi” tematów. Jeżeli rząd nic nie robi, komunikacja nie jest temu winna. Miałem z kolegami w rządzie takie spory – słyszałem, że „zawiodła komunikacja” i czasami pewnie tak było. Jednak dużo częściej zawodziło działanie w konkretnych sprawach: zła ustawa, błąd w działaniu albo po prostu brak reakcji. Tłumaczenie tego komunikacją jest sposobem na uniknięcie odpowiedzialności. Przede wszystkim trzeba umieć zmienić działanie, jeśli jest błędne, zamiast bronić go za wszelką cenę. I to jest błąd pojawiający się w każdym rządzie.
Patrzy pan na to wszystko już z Brukseli – zasiada pan w Komisji Rynku Wewnętrznego, jest pan sprawozdawcą-cieniem przy AI Act. Czego nie widać z Warszawy?
Widać, że Europa jest absolutnie zacofana, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję i nową falę robotyzacji. Największe potęgi – Stany Zjednoczone i Chiny – już rozumieją, że to jest najważniejsze wyzwanie dla gospodarki i społeczeństwa. Byłem w tym roku i w Waszyngtonie, i w Pekinie – to widać w rozmowach, w priorytetach i w tempie działania. A Europa reguluje się po uszy. Nawet obecne omnibusy deregulacyjne okażą się absolutnie powierzchowne i płytkie. Za chwilę idę na tzw. trilog i jestem tym załamany, bo wiem, jak to się skończy.
Jaka jest oś podziału politycznego wokół AI w Parlamencie Europejskim?
Absurdalna. AI kojarzy się lewicy z Ameryką i z amerykańskimi firmami – i w związku z tym mają motywację do dalszego regulowania tego obszaru. Nie dlatego, że jest to merytorycznie uzasadnione – bo oni często nawet nie wiedzą, jak działa ta technologia – tylko dlatego, że kojarzy się z Donaldem Trumpem. Dla nich duże firmy cyfrowe równają się Trumpowi. Efekt jest taki, że to europejskie firmy dostają gorset regulacyjny. To powoduje, że w Europie nowe, poważne firmy w zakresie AI nie powstają i nie będą powstawały. Rundy finansowania nie będą szły do Europy, bo większość inwestorów chętniej wyłoży pieniądze po drugiej stronie oceanu.
Czytaj więcej
Nie wiem, czego powinni się bardziej bać Tajwańczycy: niepodległości czy swojej przewagi w technologii półprzewodników? Obie sprawy z perspektywy D...
Jakie wyzwanie polityczne jest teraz z pana perspektywy najważniejsze, a o którym prawie nikt poważnie nie rozmawia?
Nowy model społeczny w dobie robotyzacji i AI. Roboty i sztuczna inteligencja będą zastępować ludzi w pracach, które do tej pory nie mogły być wykonywane przez maszyny – bo roboty nie miały wystarczającej zdolności manualnej, a AI nie była jeszcze na tyle rozwinięta, żeby nimi kompleksowo sterować. AI zastępuje już tysiące ludzi w zawodach kojarzonych z „białymi kołnierzykami”. Rynek pracy zmieni się w ciągu kilku lat w tempie nieznanym w żadnej innej rewolucji technologicznej w historii naszej cywilizacji.
I pytanie jest fundamentalne: jak opodatkować funkcjonowanie robotów, żeby ich praca – która zastępuje pracę ludzką – nie zasilała wyłącznie portfeli najbogatszych? Żeby ci, którzy zostają bez pracy, mieli z czego żyć? Co ma być odpowiedzią? Jedni mówią: dochód gwarantowany. Ale co wtedy z naturalną potrzebą pracy? Inni szukają nowych mechanizmów redystrybucji, modeli zaangażowania zawodowego i społecznego, które byłyby opłacane. A może jednak nie będzie takiej potrzeby i powstaną naturalne alternatywy dla aktualnych zawodów? To są tematy, o których de facto mało kto poważnie rozmawia, a powinny być w centrum każdego programu politycznego, który pretenduje do miana poważnego. Na razie nie widzę tego ani w Polsce, ani w Europie.
Czy praca w PE jest trudniejsza niż bycie rzecznikiem rządu?
Trudniejsza może nie, bo praca rzecznika jest niesamowicie wymagająca. Ale kiedy jest się w opozycji w Parlamencie Europejskim, nie ma się wsparcia rządu z Polski i samemu trzeba szukać spraw ważnych dla kraju, to oczywiście jest wyzwanie. Robię to wspólnie z pracodawcami, ze związkami zawodowymi, organizacjami społecznymi. Natomiast ważna rzecz: wiele osób nie docenia roli PE – tego, jak dużo spraw jest tu regulowanych i jak ogromny mają one wpływ na gospodarkę. Ludzie zauważają ten efekt dopiero wtedy, gdy regulacje już obowiązują. Większość spraw gospodarczych regulowana jest dziś w Brukseli, a nie w krajach członkowskich. To dla naszego kraju ogromne wyzwanie: jak ofensywnie wpływać na prawodawstwo w Brukseli.