Andrzej Olechowski nie ma typowej biografii politycznej. Ma bardzo bogaty i rozległy życiorys. Wielu widziało w nim polskiego Billa Clintona. Potrafił tłumaczyć „wałęsizmy”. Nie próbował udawać, że był polskim Jamesem Bondem. Na swoim koncie miał spektakularne sukcesy, jak i porażki. Politykiem był specyficznym. Nie miał ciśnienia i partyjnych ambicji. Miał w sobie rockandrollowy luz. Nie zgorzkniał. Może dlatego, że nic nie musiał.
Zaprzeczał, że chorował, a słabość obracał w żart
Kiedy rozmawialiśmy kilka tygodni temu i pytałem go o zdrowie, wiedząc, że choruje, nie przyznawał się. Mówił, że chyba żona go okłamuje, bo gdyby wyglądał słabiej, to pewnie by mu powiedziała. A jeśli nie mówi, to znaczy, że jest dobrze. W głosie wciąż miał radość, lekkość i luz. Jak na wytrawnego dyplomatę przystało, nawet z trudnej sytuacji zdrowotnej potrafił zrobić anegdotę, a słabość maskował uśmiechem i dowcipem. Jego ostatnie wywiady były niczym pożegnania. Podobnie jak książka „Historia jednej znajomości” – wywiad rzeka, którego wspólnie z Wojciechem Mannem udzielili Karolinie Opolskiej.
Czytaj więcej
W wieku 78 lat zmarł Andrzej Olechowski – polityk, ekonomista i dyplomata, współzałożyciel Platformy Obywatelskiej, były minister finansów oraz spr...
Do końca był czarujący, pełen taktu, poczucia humoru. Miał wiedzę, doświadczenie i rozległe kontakty międzynarodowe. Elegancki profesjonalista. Potrafił też przyznać się do porażek. Nie kluczył, nie idealizował swoich błędów. Jeśli miałbym Andrzeja Olechowskiego określić jednym słowem, byłaby nim klasa.
Nie da się zamknąć wspomnienia o Andrzeju Olechowskim w krótkim tekście, tym bardziej jeśli znało się go prywatnie. Niespełna dwie dekady temu zaczęliśmy tworzyć razem książkę – wywiad rzekę. Materiału powstało bardzo dużo, ale poddaliśmy się, tym bardziej że każdy miał też swoje inne liczne obowiązki.
Warto poruszyć kilka mniej oczywistych faktów z życia człowieka, który chodził własnymi ścieżkami.
Czytaj więcej
Jeżeli nie rozwiniemy przemysłu zbrojeniowego, to będziemy mieli permanentnie deficyt budżetowy, związany z tymi wydatkami, bo będziemy zmuszeni ku...
Stonesi, Animals, Hendrix, Klenczon i inni
W jednej z naszych ostatnich rozmów namawiał mnie, żebym przyjechał odebrać od niego kartony starych kaset magnetofonowych, które zbierał przez lata i których nigdy się nie pozbył. Muzyka była jego największą pasją.
– Gdy byli w Polsce The Animals (listopad 1965 r. – red.), to zaprosiliśmy ich na domówkę na Saską Kępę. Była radosna i głośna impreza. W pewnym momencie zrobiło się groźnie, bo Chas Chandler, basista The Animals i późniejszy menedżer Jimi Hendrixa, chciał mi odbić dziewczynę. Naprzeciwko siebie stanęły dwa obozy. Za Chandlerem stał m.in. Eric Burdon, a za mną Wojtek Mann. Kiedy już miało dojść do rękoczynów i Wojtek ofiarnie ściągnął okulary, to Animalsi się wystraszyli, chwilę się odgrażali, ale dali tyły i wróciliśmy do imprezowania – tak Andrzej Olechowski w 2013 r. opowiadał mi w wywiadzie dla magazynu „Playboy” o swoim życiu przed polityką. Takiego życiorysu pozazdrościłby mu niejeden smakosz życia. Robił wiele rzeczy, zanim otarł się o prezydenturę Polski i wymyślił największą polską partię. Wiele wątków jego kariery może zaskoczyć.
Czytaj więcej
Kandydat na prezydenta na oficjalnej stronie wylicza swoje funkcje w fundacjach i stowarzyszeniach. „Rz” sprawdziła, czy faktycznie ma się czym chw...
– Z Mannem byliśmy chyba najbardziej hardkorowymi rockandrollowcami w stolicy. Byliśmy zasłuchani w Radio Luxembourg i mogliśmy odtworzyć z pamięci całą Top 20. Stworzyliśmy klub fanów rock and rolla. Staliśmy się animatorami ruchu rockandrollowego w Polsce – tak w tym samym wywiadzie opowiadał o swoich początkach oraz udziale w ściągnięciu do Polski w latach 60. The Rolling Stones i The Animals. – Zostaliśmy poproszeni przez Pagart, który miał monopol na eksport i import muzyków, o konsultacje, jakich zagranicznych muzyków należałoby sprowadzić do Polski. Sporządziliśmy listę dziesięciu wykonawców, z czego do Polski sprowadzono dziewięciu– tłumaczył, jak doszło do ściągnięcia legendarnych muzyków do Polski w czasach PRL. Dziesiątym zespołem na liście byli The Beatles.
60 lat przyjaźni z Wojciechem Mannem
Krakus, urodzony 9 września dwa lata po II wojnie światowej. Wychowywał się i mieszkał w stolicy na Krakowskim Przedmieściu. Początkowo nie był wybitnym uczniem, dlatego rodzice przenieśli go do szkoły podstawowej przy ulicy Karowej w Warszawie. Kiedy został przeniesiony w siódmej klasie do nowej podstawówki, – wspomina w książce „Historia jednej znajomości” – wychowawca powiedział mu: „Wszyscy są tu bardzo w porządku, ale ty się nie koleguj z Mannem”.
Zaprzyjaźnił się z Wojciechem Mannem na całe życie. Obu połączyła miłość do muzyki rockandrollowej, imprez. I nauka języka angielskiego, którego znajomość okazała się później dla obu przepustką do wielkiego świata.
Ukończył XXVII Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Czackiego w Warszawie, a następnie studia ekonomiczne w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Od wczesnych lat interesował się muzyką. Jego brat Jacek był menedżerem młodych zespołów punkowych, m.in. Brygady Kryzys. Szybko został dziennikarzem i prezenterem muzycznym Rozgłośni Harcerskiej i Programu III Polskiego Radia. Wraz z Mannem byli animatorami muzyki rockandrollowej w PRL. Był kierownikiem artystycznym (dziś mówi się menedżerem) Krzysztofa Klenczona i zespołu Trzy Korony. – Wyjechał do USA, czemu byłem przeciwny. On był wielkim talentem, naszym polskim Lennonem, ale szanse na karierę w USA były marne. Miałem okazję wpłynąć na kształt muzyki Klenczona. Czuję się współautorem utworu „Nie przejdziemy do historii”, bo zaproponowałem, żeby połączyć dwie kompozycje w jeden utwór – mówił mi w rozmowie. Studia skończył dla mamy, żeby nie zrobić jej przykrości, bo jak sam przyznaje, „był leniem i leserem”. Doktor nauk ekonomicznych po warszawskiej Szkole Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH) nie zajmował się tylko zabawą i muzyką. Kolega, który wyjechał do Genewy do pracy i pracował dla ONZ załatwił mu posadę. – Moja pierwsza zawodowa praca w życiu polegała na tłumaczeniu statystyk RWPG handlu zagranicznego na system międzynarodowy. Kiedy w ONZ odkryli, że jestem utalentowany i mam wyższe wykształcenie, to dostałem propozycję samodzielnego stanowiska. A do tego potrzebna już była zgoda polskich władz. I tak się zaczęła moja niesławna przygoda z wywiadem gospodarczym – wspomina.
Agent, który się przyznał i żałował
W okresie pracy w instytucjach międzynarodowych współpracował z wywiadem (Departament I MSW). Został agentem o pseudonimie „Must” i „Tener”, a jego oficerem prowadzącym był Gromosław Czempiński. – Dopiero po latach dowiedziałem się, że miałem taki pseudonim. Nawet nie wiem, dlaczego zostałem tym „Mustem”. Nie wiem też, czy to Gromek był moim oficerem prowadzącym, bo nigdy się nie przyznał – wspominał. Jego nazwisko znalazło się na tzw. liście Macierewicza. Po wprowadzeniu oświadczeń lustracyjnych potwierdzał, że współpracował z wywiadem gospodarczym PRL. Po latach przyznał się do współpracy, nie kluczył, nie wybielał się.
– Byłem współpracownikiem, konsultantem wywiadu gospodarczego. Głównym obszarem mojej pracy był rynek ropy naftowej. A to był wtedy temat bardzo gorący. Miałem dostęp do materiałów, które nie były poufne, ale w Polsce nie były dostępne. Przekazywałem je polskiemu wywiadowi. Mam przekonanie, że nikomu nie zaszkodziłem. Żadna pokrzywdzona osoba się do mnie nie zwróciła. W mordę też nikt mi w życiu nie dał za jakieś świństwo – opowiadał mi w rozmowie.
Za współpracę nie brał wynagrodzenia, ale mógł pracować w Genewie. – Nie byłem agentem. Byłem współpracownikiem. Nie byłem kadrowym pracownikiem służb specjalnych. Nie praktykowałem metod szpiegowskich, nie przeszedłem przeszkolenia. Moja praca nie polegała na podglądaniu, szpiegowaniu ludzi, nagrywaniu, zostawianiu w ukrytych skrytkach przesyłek – opowiadał ze swadą, twierdząc, że jako młody człowiek zbiera materiały na książkę szpiegowską, ale praca nie miała charakteru, niczym w powieściach szpiegowskich. W rozmowie ze mną przyznał jednak, że współpracy żałuje. – Nie dostrzegałem niemoralności swojego zachowania. Dzisiaj widzę to inaczej. Żałuję, że nie byłem odważny i współpracowałem z reżimem. A przecież mogłem być aktywnym opozycjonistą walczącym z komuną – stwierdził. Wrócił do Polski, w której stał się jedną z kluczowych postaci po upadku komuny.
Zaufany Lecha Wałęsy, minister w rządzie Jana Olszewskiego i Waldemara Pawlaka.
Po powrocie do Polski w 1987 r. objął funkcję doradcy prezesa Narodowego Banku Polskiego, a rok później został dyrektorem Biura ds. Współpracy z Bankiem Światowym w NBP. W 1989 r. brał udział w obradach Okrągłego Stołu po stronie rządowej, był członkiem zespołu ds. gospodarki i polityki społecznej. – Byłem przy Okrągłym Stole, pomagałem budować demokrację i wolny rynek, pomagałem wprowadzać Polskę do NATO i Unii Europejskiej. Jestem dumny z tych osiągnięć i dziękuję Opatrzności, że dała mi szansę w nich uczestniczyć – mówił. W listopadzie 1989 r. objął funkcję pierwszego zastępcy prezesa Narodowego Banku Polskiego. Jego kariera polityczna ruszyła z nieprawdopodobnym impetem. Został wiceministrem w resorcie współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, a później ministrem finansów w rządzie Jana Olszewskiego. Był liberałem i liczył na zbliżenie Polski z Zachodem w ramach struktury NATO i UE.
Zyskał zaufanie i sympatię Lecha Wałęsy. Potrafił podczas spotkań z zagranicznymi partnerami nie tylko tłumaczyć wypowiedzi Noblisty, ale również interpretować tzw. „wałęsizmy”, charakterystyczne powiedzenia polityka, często trudne do zrozumienia również w języku polskim. Został doradcą prezydenta Lecha Wałęsy ds. ekonomicznych. – Poznałem w życiu wielu wybitnych i zasłużonych ludzi, ale największym, po Janie Pawle II, jest Lech Wałęsa. Polacy nie docenili jeszcze wielkości Wałęsy. Wiele osób uważa, np. że to naród wykreował, podniósł Wałęsę, a było odwrotnie. Pamiętam słynną debatę Wałęsy z Miodowiczem i pamiętam, jak z każdą jej minutą naród zyskiwał na godności i odwadze. Pamiętam, jak odwiedzający mnie w ministerstwie spraw zagranicznych zagraniczni politycy mieli po cztery metry wzrostu i jak gwałtownie kurczyli się, gdy szliśmy z wizytą do prezydenta. Bo wtedy był dużo bardziej w świecie znany i ceniony od narodu. To on nam dawał, nie my jemu. Ale akurat BBWR nie należał do jego wybitnych osiągnięć – wspomina współpracę z Wałęsą.
Szefem rządu nigdy nie został, ale był członkiem rządu Waldemara Pawlaka jako minister spraw zagranicznych. Złożył dymisję, co było efektem ujawnienia przez ministra sprawiedliwości Włodzimierza Cimoszewicza w ramach prowadzonej przez niego akcji „czyste ręce” listy urzędników państwowych zasiadających w radach nadzorczych spółek. Olechowski zasiadał w radzie nadzorczej Banku Handlowego. Przez lata zasiadał w wielu radach.
Nie ukrywał, że zabolała go przegrana Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. – Przed wyborami wyglądało, że musi je przegrać, ludzie byli nim już zmęczeni, wielu bezpowrotnie się nim rozczarowało. Ja byłem wtedy bardzo popularny, więc zapytałem, czy nie lepiej, żebym to ja stanął do wyborów zamiast niego. Nie zgodził się, argumentując, że pierwsza kadencja była wyjątkowo trudna i potrzebuje drugiej, aby „się odbić”. Mnie to przekonało i zaangażowałem się mocno w kampanię. Ostatecznie przegrał ją „o włos”. Do dzisiaj mam do siebie pretensje, że może mogłem wówczas więcej zrobić – wspominał. W kolejnych wyborach prezydenckich sam wystartował.
Wybory prezydenckie. Bój z Aleksandrem Kwaśniewskim
Na świecie popularny był amerykański prezydent Bill Clinton. W Polsce strona liberalna liczyła, że Olechowski będzie jego odpowiednikiem, minus kontrowersje. Został kandydatem niezależnym. W pierwszej turze zajął 2. miejsce z poparciem 17,3 proc. wyborców. Na Olechowskiego głosowało 3 044 141 Polaków. – Po wyborach prezydenckich znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji. Głównie dlatego, że przed wyborami nie rozważałem scenariusza, co będę robił, jeśli je przegram. A przegrałem je w sposób, który uznano za sukces. Dostałem nagrodę Kisiela, zostałem Człowiekiem Roku „Wprost”, analitycy polityczni i komentatorzy wielce się zdziwili i uznali, że mam jakiś ogromny potencjał, z którego sobie wcześniej nie zdawałem sprawy. Zostałem zasypany różnymi pomysłami stworzenia partii. A ja nigdy nie miałem intencji stworzenia partii! – wspomniał w rozmowie ze mną. Partii przy prezydencie Lechu Wałęsie nie udało mu się zbudować, ale z nowymi odniósł sukces, który wciąż jest widoczny.
Czytaj więcej
Nad PO wisi obezwładniający cień przywódcy – mówi „Rz” Andrzej Olechowski, niezależny kandydat na prezydenta RP
Partia „trzech tenorów” – powstanie Platformy Obywatelskiej
– Kiedy uznałem, że coś muszę zrobić, żeby nie zawieść nadziei ludzi, którzy na mnie głosowali, zacząłem rozmowy z Unią Wolności oraz SKL. Zaczęły się też rozmowy z Donaldem Tuskiem, który przegrał wybory na przewodniczącego UW. Padła propozycja zrobienia czegoś razem. Ponieważ miałem świadomość, że w wyborach prezydenckich głosowali na mnie wyborcy UW, ale też AWS, bardzo chciałem, żeby dołączył do nas ktoś reprezentujący ten nurt polityczny. Postawiłem warunek, że bez takiej osoby nic nie zrobię. Tusk zaproponował Płażyńskiego. To był moment, w którym Płażyński wygłosił jakąś deklarację lojalności wobec AWS-u. Płażyński był idealny, był dobrze postrzegany jako człowiek rozsądny, niezajadły, był innym AWS-owcem kontrastującym z Krzaklewskim i wieloma prominentnymi działaczami prawicy. Nie bardzo jednak wierzyłem, że uda się go przekonać. Tusk powiedział, że potrzebuje tygodnia – wspomina autor nazwy Platforma Obywatelska. W styczniu 2001 r. utworzono ruch polityczny pod taką właśnie nazwą, na czele którego obok Olechowskiego stanęli Maciej Płażyński z AWS i Donald Tusk z UW. W wyborach parlamentarnych nie kandydował. Wszedł do rady programowej PO, kandydował na prezydenta stolicy, ale sukcesów politycznych już nie odnosił.
Czytaj więcej
Andrzej Olechowski uważa, że partia rządząca nie ma żadnych planów poza wygraniem wyborów
Liberał łagodnie zdystansowany wobec PO i Donalda Tuska
W 2009 r. odszedł z PO. Pytany po latach przeze mnie o Tuska, odpowiadał: – Według Bismarcka, mąż stanu to ten, który odczytuje ślady stóp Boga. Z całym szacunkiem, ale pan Tusk śladów Boga nie odczytuje. Myślenie strategiczne nie należy do jego silnych stron.
Czytaj więcej
PiS nie jest bardziej moralnie od PO. Jarosławem Kaczyńskim również interesowała się prokuratura, a nie zrzekł się funkcji prezesa partii i zatrzym...
Kiedy Platforma odniosła sukcesy, Olechowskiego już w niej nie było. Kiedy rządziła, był od niej daleko. A czym miała być u zarania? – Lekką partią w „amerykańskim” stylu. Ruch społeczny, wielu woluntariuszy, mała kadrowa partia. Ugrupowanie centrowe z poparciem ponad 10 proc. bez ambicji na 50 proc. Chcieliśmy być języczkiem u wagi. Celem było stworzenie partii zwartej ideowo, pozbawionej problemów ugrupowań „od sasa do lasa”. Na początku byliśmy bardzo konsekwentni. Nie wpuszczaliśmy żadnych ludzi, którzy do nas nie pasowali. Ponieważ było widać, że projekt ma potencjał, to zaczęli się zgłaszać ludzie i z KPN-u i z głębokiej prawicy, albo z szemraną przeszłością. Myśmy takich ludzi od razu dyskwalifikowali. To miało być centrum. Żeby pan słyszał te nasze talmudyczne rozmowy na temat, co to jest centrum! Płażyński forsował określenie centroprawica. A ja pytałem: „Ale panu chodzi o to, że to jest na prawo od centrum czy to jest prawa część centrum?” (śmiech). A on na to: „Nie, nie, to ma być prawa część centrum”. Takie dyskusje toczyliśmy! A proszę zobaczyć, gdzie teraz jest PO – wspomniał. Do końca zaprzeczał temu, że to służby miały zakładać PO. Do Sejmu i Senatu nie kandydował. Nigdy nie był graczem zespołowym, a tym bardziej partyjnym.
W kolejnych latach wspierał inne partie niż PO, jak np. Nowoczesną. W 2010 r. kandydował w wyborach prezydenckich, również bez powodzenia. Zajął szóste miejsce i poparł Bronisława Komorowskiego, który został głową państwa.
Czytaj więcej
Historia PO przypomina scenariusz słynnego filmu Petera Weira. W tajemniczych okolicznościach znika jedna osoba, potem kolejne. Zostaje tylko Tusk...
Polityk niespełniony, człowiek zadowolony
Brał udział w spotkaniach Grupy Bilderberg. Wykładał m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie oraz Collegium Civitas. Był komentatorem politycznym, lekko zdystansowanym od rządów Tuska, ale zarazem wdzięcznym za nie i za to, że u władzy nie jest prawica spod znaku Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Brauna.
Kiedy pytałem go, czy czegoś żałuje, odpowiedział: – Może gdyby prezydent Wałęsa przyjął moją sugestię, Polska byłaby dzisiaj lepsza? Może gdybym nie namówił Jana Rokity do wstąpienia do Platformy, byłaby ona dziś solidną partią centrową? Może gdybym podjął walkę w Platformie, Polska byłaby dziś bardziej liberalna? A może to tylko naiwne rozważania? Nie rozpamiętuję swoich przeszłych błędów i porażek, frapuje mnie przyszłość. Choć są szanse, które się już nie powtórzą: The Beatles już na pewno do Polski nie przyjadą – odpowiadał.
Czytaj więcej
PiS już wie, że może przegrać wybory parlamentarne, a opozycja jeszcze nie wie, jak ma je wygrać.
Nie przyznawał się publicznie do choroby. Nawet w rozmowach publicznych żartował, że musi bardziej się prostować i zadbać o wygląd, ale najważniejsze, że żonie się podoba. Był wierzący i rodzinny. Do końca cenił stare przyjaźnie i był wierny wczesnym muzycznym fascynacjom. Nawet gdy politycznie krytykował, nigdy nie z jadem i nienawiścią. Najdalej posunął się w krytyce Tuska, gdy nazwał go „krokodylem” konsumującym swoich przeciwników wewnątrz partii.
Premier Donald Tusk tak pożegnał byłego politycznego partnera: „Spotkaliśmy się w odpowiednim czasie i miejscu, by zbudować projekt na rzecz Polski silnej, nowoczesnej, europejskiej. Polski bez kompleksów. Polski, która na trwałe stała się częścią wspólnoty Zachodu. Początek nie był prosty, przychodziliśmy do polityki z bardzo różnych miejsc, z niepasującymi do siebie biografiami i doświadczeniami. Ale wbrew wszystkim okolicznościom, potrafiliśmy się porozumieć dla większej niż nasze uprzedzenia sprawy. Razem z Maciejem Płażyńskim powołaliśmy Platformę Obywatelską. Warto było. Będę dalej realizował nasze wspólne marzenia o lepszej Polsce.”
Nawet przeciwny mu politycznie Janusz Korwin-Mikke napisał po jego śmierci: „Uważam, że został zmarnowany w III RP (...) Szkoda wybitnego człowieka”.
Wojciech Mann napisał: „Andrzej Olechowski. Najdłuższa przyjaźń mojego życia. Niech Bóg się Nim zaopiekuje”.
Czytaj więcej
- PiS-owi zawsze Unia dolegała. To nie jest zgodne z ich myśleniem. W ich materiałach programowych Unia jest mrzonką, prezydent Duda powtarza te rz...