Mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej i nastrojów społecznych tłum Brazylijczyków manifestujący na Avenida Atlantica w Rio de Janeiro – ulicy biegnącej wzdłuż słynnej plaży Copacabana – zachowywał się jak na festynie. Z głośników zamontowanych na ciężarówkach nadawano sambę, mimo że organizatorzy co chwila przestrzegali: „To nie jest karnawał!".
Demonstracje domagające się ustąpienia pierwszej w historii kraju kobiety prezydenta Dilmy Rousseff odbyły się w 200 brazylijskich miastach, począwszy od największych: Rio de Janeiro, Sao Paulo i stolicy Brasilii. Organizatorzy oceniają, że wzięło w nich udział około 2 milionów osób.
Obecne manifestacje to trzecia fala niepokojów społecznych po marcowych i kwietniowych (z których część zakończyła się rozruchami ulicznymi). Obecne były znacznie spokojniejsze, choć bardziej zdeterminowane.
Demonstranci chcieli usunięcia Rousseff przez parlamentarną procedurę impeachmentu z powodu całej serii afer korupcyjnych, jakie ostatnio wykryto w politycznym establishmencie. Prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie niegospodarności i przekupstwa w państwowym koncernie naftowym Petrobras aresztowała już wielu spośród 50 polityków oskarżonych o przyjmowanie łapówek.
Sama pani prezydent była przez siedem lat szefem rady nadzorczej tej firmy, będąc najpierw ministrem energetyki, a potem szefową gabinetu znanego na całym świecie prezydenta Luiza Inacia Luli da Silvy – jej politycznego mentora. Dotychczas jednak nie ma żadnych dowodów na to, że sama Rousseff brała lub dawała jakiekolwiek łapówki.
Mimo to stała się symbolem 12-letnich rządów jej własnej Partii Pracy, o których Brazylijczycy mówią „zinstytucjonalizowana korupcja". Popularność pani prezydent spadła do 8 proc., wyniku niespotykanego wśród polityków na świecie.
Widowiskowych przykładów korupcji dostarczyła budowa stadionów na piłkarskie mistrzostwa świata. Teraz na serię aresztów i skandali politycznych nałożyła się pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Mimo nadziei piłkarskie mistrzostwa nie przyczyniły się do jej poprawienia: PKB zmniejszył się w 2014 roku o 2 proc., za to inflacja wzrosła do 10 proc., a to pociągnęło za sobą wzrost bezrobocia. Biednieniu społeczeństwa towarzyszy jego kryminalizacja. W samym Rio w ciągu 2014 roku o 1/4 zwiększyła się liczba napadów i kradzieży, sięgając poziomu z początku lat 90.
„Nie wytrzymam w kraju, w którym muszę płacić tak wysokie podatki, nie otrzymując zupełnie nic w zamian. W służbie zdrowia traktują nas jak zwierzęta, w sferze bezpieczeństwa publicznego jesteśmy tylko cyframi w statystyce, a o edukacji lepiej nie mówić" – poskarżyła się afrykańskiej gazecie „Mail and Globe" 55-letnia Marcia Regina, nauczycielka z północnego Rio, idąca w demonstracji na Avenida Atlantica. „Bez przerwy mówią nam o cięciach budżetowych, ale odczuwają je tylko tacy jak my" – powiedział z kolei emerytowany ślusarz z Sao Paulo.
Pani prezydent utraciła poparcie osób, które pozwoliły jej zdobyć w październiku ubiegłego roku drugą kadencję: biedniejszych mieszkańców Brazylii. Wśród nich jest obecnie najwięcej zwolenników prezydenckiego impeachmentu. Teraz nad Copacabaną oprócz skandowania „Dilma odejdź!" słychać było wezwania: „Niech wojsko zrobi porządek!".
Armia ma długą tradycję ingerowania w brazylijską politykę. Sama Rousseff padła tego ofiarą, gdy w pod koniec lat 60. zaangażowała się najpierw w działalność młodzieżowej organizacji lewicowej zwalczającej dyktaturę wojskowych, a potem miejskiej partyzantki. Dwa lata spędziła w więzieniu, bita i torturowana.
„W naszym kraju nadal istnieje kultura przewrotu" – przestrzegła pani prezydent w wywiadzie telewizyjnym dzień przed manifestacjami. Jednakże brazylijscy politolodzy wykluczają ingerencję armii. Nie ma ona już czystych rąk: również wysokiej rangi wojskowi zostali zatrzymani w ramach śledztwa korupcyjnego w Petrobras.
Następuje też jednak dezintegracja elity politycznej, nawet bliscy współpracownicy prezydent zaczynają się wahać lub przechodzą na stronę jej przeciwników.