Po co komu była debata w TVP?

Atakowanie premiera było stratą czasu, bo widzowie TVP go nie lubią.

Publikacja: 11.10.2023 03:00

Po co komu była debata w TVP?

Foto: AFP

Debaty telewizyjne nie mają już takiego znaczenia, jak w czasach przedinternetowych, ale ta mogła mieć, zważywszy, że była to jedyna szansa dla liderów partii opozycyjnych, by powiedzieć coś tym widzom TVP, którzy nie oglądają innych mediów, nie korzystają z internetu lub poruszają się po nim wyłącznie w pisowskiej bańce. Była to też debata śmiertelnie niebezpieczna dla PiS, bo mogła przekonać część elektoratu tej partii, by zostać w domu. To oni mieli najwięcej do stracenia, bo to ich telewizja, a widownia to w większości ich elektorat.

Jak zatem było? Różnie i dziwnie. Różnie, bo jedni byli zaskakująco gorsi, a inni zaskakująco lepsi od oczekiwań, a dziwnie, bo przede wszystkim debata miała beznadziejny format, nie miała prowadzących dziennikarzy, tylko lektorów odczytujących napisane bełkotem z Nowogrodzkiej pytania i sprawiała wrażenie, jakby najważniejsi gracze byli najgorzej przygotowani i nie do końca wiedzieli, po co w niej biorą udział.

Hołownia czuł format

Okazję wykorzystali przedstawiciele mniejszych ugrupowań: przede wszystkim Szymon Hołownia, ewidentny zwycięzca debaty, Joanna Scheuring-Wielgus z Lewicy i niestety Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego będącego częścią Konfederacji. W mniejszym stopniu skorzystał też Krzysztof Maj z Bezpartyjnych Samorządowców. Hołownia – co nie jest zaskoczeniem – najlepiej czuł format telewizyjny, mówił swoje, w większości w sposób prosty i zrozumiały. Emanował pewnością siebie i swoich racji. Zazwyczaj dość antypatyczny, z nadmiernie rozbuchanym ego, w debacie prezentował się profesjonalnie i wzbudzał zaufanie umiarkowanym przekazem, umiejętnie odróżniając się od języka sporu PO–PiS, ale nie zostawiając też cienia wątpliwości, że należy do opozycji antypisowskiej. Bardzo dobrze też wybrzmiała wypowiedź, że w obliczu wojny nie wolno szukać wrogów wewnątrz Polski, bo prawdziwi są za granicą.

Czytaj więcej

Dr Oczkoś: Kaczyński wygrał na debacie TVP. Morawiecki będzie kozłem ofiarnym

Wbrew obawom twitterowej lewicowej bańki, która udział w debacie Joanny Scheuring-Wielgus potraktowała jak zapowiedź klęski, reprezentantka Lewicy zaliczyła bardzo udany występ. Trzymała się partyjnego przekazu, nie wdawała w przepychanki, a gdy było trzeba, zgasiła Mateusza Morawieckiego, mówiąc, że zachowuje się jak dwulatek w piaskownicy. Była w debacie jedyną kobietą, i to też dobrze kontrastowało z resztą polityków. Włodzimierz Czarzasty, bodaj najbardziej antypatyczny z polskich przywódców partyjnych, wygrał, odkładając na bok ego i wysyłając osobę sympatyczną i dobrze przygotowaną. Dobrze radził sobie także Krzysztof Bosak, który z racji formatu mógł bez przeszkód prezentować Konfederację jako siłę antyukraińską i antyimigrancką. Ponieważ oś sporu przebiegała gdzie indziej, nikt nie zwracał uwagi na to, co mówi, i to jest mój jedyny zarzut do reprezentantki Lewicy, bo zazwyczaj walka z ksenofobią i rasowymi uprzedzeniami należy do lewicowego abecadła. PiS już parę dni temu zorientował się, że zbyt mocno atakując Konfederację, szkodzi sam sobie, więc oczywiście ignorował Bosaka całkowicie.

Morawiecki z Tuskiem uwikłali się w złośliwości i obaj zmarnowali szansę. Przy czym o ile zadaniem Morawieckiego było przede wszystkim nie stracić, o tyle Tusk nie wykorzystał szansy, by powiedzieć coś istotnego do elektoratu, który normalnie go nie słucha. Morawiecki niepotrzebnie tracił czas na atakowanie Tuska, bo przecież to codziennie robią za niego „Wiadomości” i tym się zajmuje na wiecach, a w debacie miał szansę powiedzieć coś więcej o swojej formacji i osiągnięciach rządu. Widać było, że strach przed przegraną sprawił, że po prostu powielał propagandowe stereotypy z bajki o złym Tusku, przyczynie kłopotów wszelakich. Może niewiele stracił, ale też nic nie zyskał (mimo masowo wykupywanych w mediach ogłoszeń, że w trakcie debaty zakończył karierę polityczną Tuska). Debata była dobrą okazją do przekazu pozytywnego, którą przegapił. Widać, że obóz rządzący jest od czasu marszu w defensywie i bardziej konsoliduje posiadane aktywa, niż rozgląda się za nowymi zdobyczami.

Zabrakło garnituru

Cała ta sytuacja stworzyła niezwykłą szansę Donaldowi Tuskowi, której ten doświadczony polityk i sprawny dyskutant nie wykorzystał. W szokujący sposób był zestresowany, rozkojarzony i co tu dużo gadać, źle przygotowany. Po pierwsze, wyglądało, że nie rozumie, do kogo mówi i kim jest widownia TVP (w końcu z powodów reklamowych bardzo dobrze przebadana). Jeśli chciał się dobrze zaprezentować w bardziej tradycjonalistycznym elektoracie, nie powinien ubierać się na modłę watażki Kołodziejczaka, lecz włożyć porządną marynarkę i krawat.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Debatę TVP przegrała stara III RP

Nikt w tym elektoracie nie uwierzy także w zapewnienia „jestem taki jak wy”, bo wiadomo, że nie jest. Mógł za to powiedzieć, że pobyt w Brukseli nauczył go, że trzeba twardo walczyć o narodowe interesy i on o nie zadba. Mógł powiedzieć, że w trakcie bycia premierem przesunął się na lewo i zrozumiał, jak ważna jest ochrona najsłabszych i najbiedniejszych (co zresztą jest prawdą). Mógł powiedzieć wiele rzeczy, ale wpadł w pisowską pułapkę i zmarnował większość czasu na ataki na Morawieckiego. Tymczasem elektorat i widownia TVP wcale premiera nie lubią, wszyscy rozumieją, że jest marionetką w rękach Kaczyńskiego, którą ten wyrzuci na śmietnik, gdy tylko straci swą użyteczność. Atakowanie go w takim wymiarze jest stratą czasu i energii.

Zmarnowana minuta

Minutę swobodnej wypowiedzi, która była ostatnią szansą zwrócenia się do wyborców, Tusk zmarnował na banialuki o jakiejś kolejnej debacie, która się nie odbędzie i nikogo nie obchodzi. A nie wspomniał, tak jak nikt inny, o brakach benzyny na stacjach Orlen, które dla wielu są znacznie ważniejsze. Lider KO ewidentnie nie był w formie – to się zdarza, ale przede wszystkim karygodny jest brak przygotowania i planu – a to już wina sztabu i doradców. Słowem debata, która miała być punktem zwrotnym w wyścigu KO i PiS, nic w tej mierze nie zmieniła. KO nie zdobyła przyczółków na wrogim terenie, PiS nic specjalnie na rzecz KO nie stracił.

Czytaj więcej

Kto wygrał, a kto przegrał debatę, czyli o słabych i mocnych stronach kandydatów

Niemniej ogólnie wygrała opozycja. PiS oberwał od wszystkich, a mniejsze partie oddaliły na jakiś czas groźbę nieprzekroczenia progu. Najgorzej bowiem wypadł PO–PiS i ta nieznośna oś sporu, która niestety także w debacie wyglądała bardziej na osobiste porachunki niż różnicę w filozofii i programie rządzenia.

Zwraca też uwagę, że Lewica, Trzecia Droga i KO zachowywały się wobec siebie przyzwoicie, starając się pokazać, że będą potrafili wspólnie rządzić. Zabrakło wspólnego planu debaty – bo skoro znane były obszary tematyczne, można się było podzielić atakami na obóz rządzący. Gdyby każda z trzech partii zaatakowała Morawieckiego raz, a dobrze, efekt byłby lepszy. Ale najwyraźniej aż tak dalekiej współpracy jeszcze nie ma. Czy po debacie coś jest przesądzone? Raczej nie. Nadal możliwa jest „mijanka” PiS i KO, bo jednak PiS jest w nieustannej defensywie, ale chyba mniej prawdopodobna po zmarnowanej szansie. Mniejsze partie nadal będą walczyć o przeżycie, choć pewnie będzie im nieco łatwiej, a my do końca będziemy drżeć, w jakiej Polsce obudzimy się za tydzień.

Autor jest producentem filmowym, scenarzystą i publicystą

Debaty telewizyjne nie mają już takiego znaczenia, jak w czasach przedinternetowych, ale ta mogła mieć, zważywszy, że była to jedyna szansa dla liderów partii opozycyjnych, by powiedzieć coś tym widzom TVP, którzy nie oglądają innych mediów, nie korzystają z internetu lub poruszają się po nim wyłącznie w pisowskiej bańce. Była to też debata śmiertelnie niebezpieczna dla PiS, bo mogła przekonać część elektoratu tej partii, by zostać w domu. To oni mieli najwięcej do stracenia, bo to ich telewizja, a widownia to w większości ich elektorat.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Polityka
Kurski i nie tylko. Europejski problem PiS
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Polityka
Pawłowicz żąda przeprosin od Hołowni. Przedstawiła ich treść i warunki
Polityka
„Rzecz w tym”: Areszt dla Romanowskiego. „Gdyby chciał mataczyć, to mógł to zrobić już sto razy”
Polityka
Prokuratura wróciła do sprawy fikcyjnych asystentów europosłów PiS
Polityka
Mirosław Oczkoś: Warto pamiętać, kto rozkręcił przemysł nienawiści