Liz Truss stoi na czele rządu niespełna miesiąc, ale ma już gorsze wyniki w sondażach, niż kiedykolwiek miał jej poprzednik, niezwykle przecież kontrowersyjny Boris Johnson. Zdaniem YouGov ufa jej ledwie 14 proc. Brytyjczyków, podczas gdy 73 proc. odnosi się do niej nieufnie. To w przeważającym stopniu efekt radykalnego programu ograniczenia podatków (o 45 mld funtów rocznie), przede wszystkim poprzez ulżenie najbogatszym. Ponieważ taki scenariusz został przedstawiony przez ministra finansów Kwasi Kwartenga w chwili, gdy królestwo wchodzi w głęboki kryzys, wybuchła panika na rynkach finansowych. Kurs funta spadł do najniższego poziomu względem dolara w historii. Co niezwykłe, posunięcie ostro skrytykował MFW, wskazując na pogłębiającą się dziurę w finansach publicznych. Nadzwyczajne środki zapowiedział też Bank Anglii.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Reforma podatków rządu Jego Królewskiej Mości

Truss na początku tego tygodnia wycofała się z najbardziej radykalnych propozycji, w tym likwidacji najwyższej (45 proc.) stawki PIT. Ale to nie poprawiło jej pozycji. Przeciwnie, niechętni jej torysi doszli do wniosku, że premier jest na tyle słaba, że można ją zmusić do wszystkiego. Bunt, na którego czele stanęli liderzy ruchu brexitowego z przeszłości – Michael Gove i Grant Schapps – zyskał też uznanie przewodniczącej Izby Gmin Penny Mordaunt, zwolenniczki rozbudowy państwa socjalnego w czasach kryzysu, a nie likwidacji pomocy dla najuboższych.

– Wzrost, wzrost, wzrost. Nie damy się zdominować przeciwnikom wzrostu – apelowała w środę na konwencji Partii Konserwatywnej w Birmingham Truss.

Jednak w szeregach torysów podnoszą się głosy, że jeśli nie wyprowadzi ona swojego ugrupowania w ciągu nadchodzących dni na prostą, zaczną się poszukiwania jej następcy lub następczyni. W ciągu tygodnia poparcie dla torysów spadło z 29 do 25 proc., podczas gdy notowania Partii Pracy skoczyły z 43 do 50 proc. Takiego poparcia nawet w chwilach największej chwały nie miał Tony Blair. Co prawda wybory do Izby Gmin muszą zostać rozpisane najdalej za nieco ponad dwa lata, jednak coraz trudniej sobie wyobrazić, w jaki sposób konserwatyści mieliby uniknąć całkowitej porażki. Tym bardziej że w ekipie Truss zaczęły się porachunki, w tym między sekretarz ds. wewnętrznych Stellą Braverman a ministrem ds. handlu zagranicznego Kemi Badenoch.

Sprawy nie ułatwia radykalizm Truss. Choć w czasie referendum rozwodowego w 2016 r. była zwolenniczką pozostania w Unii, od tego czasu przekształciła się w radykalną entuzjastkę brytyjskiej suwerenności. Tymczasem na czele laburzystów równie radykalnego Jeremy’ego Corbyna zastąpił bardziej umiarkowany sir Kier Starmer, którego notowania w sondażach są o wiele lepsze niż szefowej rządu.

Jednocześnie Truss zaczęła w administracji wprowadzać swoich sojuszników, nieraz wyrzucając doświadczonych wysokiej rangi urzędników. Sam Kwarteng, autor kontrowersyjnego planu daleko idących oszczędności (tzw. małego budżetu) jeszcze miesiąc temu był osobą właściwie nieznaną. Sama Truss na ostatniej prostej wyborów na nowego lidera Partii Konserwatywnej wygrała z o wiele bardziej umiarkowanym, byłym ministrem finansów Rishi Sunakiem. Przez całą kampanię wyborczą podkreślał on, że zamiast obniżania podatków konieczne jest ich podwyższenie, aby utrzymać stabilność budżetową kraju. To kosztowało go zapewne przegraną w wyborach.

Ostry spor dzieli też Wielką Brytanię z Brukselą w sprawie statusu Irlandii Północnej. Wbrew porozumieniu o wyjściu z Unii Londyn szykuje się do zniesienia kontroli towarów na granicy między Ulsterem a resztą królestwa.